Niewygodny temat
-Muszę dokonać terminalnej eliminacji w najbliższą sobotę! – Krzyknęłam do dziewczyn siedzących w kawiarni. Rzuciłam się na fotel, rozpięłam szary płaszcz i wyciągnęłam nogi.
Gośka wcinała bezę, Izka siorbała sok przez słomkę a Basia czekając aż jej kawa przestygnie, przeglądała czasopismo o modzie.
Pan w mocno średnim wieku, zajmujący stolik obok, wychylił nos zza gazety. Popatrzył na mnie wzrokiem mówiącym: „zwykła wariatka, ale na wszelki wypadek przeniosę się”, zgarnął pod pachę gazetę i kapelusz, po czym oddalił się na drugi koniec kawiarni.
Rzuciłam torebkę na pusty fotel i westchnęłam zrezygnowana.
– Nie jestem dobra w nieboszczykach.
– Nogi już wyciągnęłaś – zwróciła uwagę Izka ku ogólnej wesołości dziewczyn.
Zabawne. Martwię się, przyszłam po pomoc, a tu tylko śmichy chichy. Jak czegoś nie wymyślę do soboty, pierwsza będę do wyeliminowania. Muszę ubiec ruch przeciwnika. Znaleźć pomysł.
Przyjaciółki nagle stały się czujne.
-Na sobotę? Tak szybko? – szepnęła Gośka, rozejrzała się na boki i włożyła do ust ostatni kęs bezy.
– Denat ma być swój, czyli rodzimy czy nieznany? – Basia, prawie bezgłośnie, zażądała doprecyzowania.
Uniosła filiżankę. Dmuchnęła w piankę, spróbowała napoju. Kawa osiągnęła wymaganą temperaturę. Basia wzięła głębszy łyk.
– Technika dowolna czy masz jakieś preferencje? – drążyła Iza głosem brzuchomówcy prawie nie rozciągając ust.
Popatrzyłam na dziewczyny jak na kosmitki.
– Jesteście pewne, że zadajecie właściwe pytania? – uniosłam lewą brew prawie na czubek głowy. – Niepokoję się o was, moje panie. W środku dnia, w miejscu pełnym ludzi, poruszam dziwny temat, a wy zamiast poddać w wątpliwość mój stan umysłowy lub żądać złożenia przysięgi, że żartuję, dopytujecie o czas, technikę i koligacje z przyszłym denatem?
– Najłatwiej otruć – Gośka skrobała łyżeczką po talerzyku.
– A jak się pozbędziesz buteleczki po arszeniku? Agaty nie czytałaś? Mogą dojść do ciebie po paragonie. A nie daj boże weźmiesz fakturę to leżysz. I środki owadobójcze też odpadają. Z powodu jak wyżej. Bo ty Gośka zawsze na wszystko bierzesz faktury – zaperzyła się Basia. – Gośka, nie ukrywajmy, stanowisz słabe ogniwo naszej paczki.
– Racja – westchnęła Gośka i podniosła się z fotela, aby zamówić drugą bezę.
– Weźmie fakturę – Baśka szła o zakład.
– Można wrzucić suszarkę do wanny – rozkręciła się Izka. – Chociaż to oklepany motyw. Pierwszą podejrzaną byłaby właścicielka suszarki: żona albo kochanka.
– Nie posiadam suszarki – uświadomiłam dziewczynom.
– Gośka ma. Może pożyczyć. Chociaż nie, pewnie wzięła na nią fakturę – dodała sobie Basia.
Wiatr wdarł się do kawiarni trzaskają drzwiami.
– Mam – ucieszyła się Gośka niosąc ciastko. – Mam. Upozorować nieszczęśliwy wypadek np. potrącenie autem.
– Kornelia jeździ 30 km/godzinę. W grę wchodzi tylko osobnik, który sam by się położył pod jej wozem – zaoponowała Izka i westchnęła.
We trzy pochylił się nad stolikiem i rozpoczęły słowną szybką strzelankę.
– Wepchnięcie pod tramwaj?
– W mieście są kamery. Wypatrzą ją.
– Broń palna?
– Palnij się w łeb.
– Wypchnięcie z balkonu?
-Ma za słabe ręce. Wiem, bo pomagam jej taszczyć siatki z samochodu.
Obie brwi przesunęły mi się na tył głowy i drobny dreszczyk przebiegł po pleckach.
-Właściwie kogo się pozbywamy? – Pierwsza oprzytomniała Izka.
– Nikogo – zaczęłam płaczliwe. – W sobotę są zajęcia z powieści kryminalnej a ja nie mam pomysłu na intrygę.
Westchnęły jednocześnie.
Łypnęłam na nie okiem. Za dwa tygodnie mam przemyśleć sceny z ukrywaniem zwłok.
Mówić? Nie mówić?
/opowieść koloryzowana, nieprawdziwa…Gośka nigdy nie bierze faktur, a papiery, którymi ma wypchaną torebkę to..wiersze, bo …wiersze pisze/