-
Bo w życiu trzeba mieć zasady!
To ja – kobieta z zasadami. Z zasady nie jem mięsa (ale uwielbiam kotlety mielone). Nie otwieram drzwi nieznajomym (no chyba, że kurierowi z nowym sweterkiem). Wycieram nos w chusteczkę, a nie w rękaw (oj tam, oj tam zdarzyło się raz… dwa…oj, zdarzyło się). Nawet, gdy mi bardzo smakuje, nie wylizuję talerza (gdy ktoś patrzy). Nie zakładam rajstop pod spodnie (chyba, że mi w tyłek zimno). I nie uważam, że jeśli na sukience jest metka z rozmiarem S, to w nią nie wejdę. Trzeba po prostu znać technikę z nabieraniem powietrza i wciąganiem brzucha na czas wciskania na siebie trzy rozmiary mniejszej kiecki. Ale o trikach modowych opowiem innym razem.…
-
Komu choć raz nie wyszedł zakalec, niech pierwszy rzuci jajkiem, dwiema szklankami mąki i połową kostki margaryny! Cukrem według uznania.
Ciocia Sabina uwielbia piec. Każde jej imieniny to uczta podniebienia, pieszczenie zmysłów lub tylko kubków smakowych. Talent kulinarny został doceniony przez jednego z gości, który zajadając się sernikiem pochwalił: „Saaabinaaaa! Pycha ten sernik! Jest taki dobry, prawie tak dobry jak ze sklepu!” Celowo nie podałam imienia wujka/gościa. Nie znęcajmy się już nad nim. Mina ciotki pewnie śni mu się po nocach. Przypomniałam sobie tę rodzinną historię, kiedy inna ciocia poczęstowana przeze mnie szarlotką skomentowała: „Zakalec ci kochana wyszedł”. Może i wyszedł, ale czy na pewno zaraz trzeba wyciągać zakalec na światło dzienne? Niech sobie spokojnie leży na dnie ciasta. Po południu piekłam drugą. Zostawiłam ciasto w piekarniku pod opieką nastoletniej…
-
Trudna miłość
Nastolatka z wypiekami na twarzy rozmawia przez telefon: „I wiesz co, gadałam z Pawłem i on mówi, że nie zdążę, a ja mówię, że zdążę. On mówi, że nie, ja mówię, że tak. I wiesz co? Zdążyłam. Zadzwoniłam potem Pawła i mu mówię, że zdążyłam a on tak słodko odpowiedział: „łaaał” Jak myślisz kocha mnie?” Też kiedyś prowadziłam podobną konwersację. Mówiłam, że zdążę, ZUS mówił, że nie. To ja znowu, że zdążę, a on, że nie. Chwilę przekomarzaliśmy się, ale wiecie co – zdążyłam. Złożyłam dokumenty o czasie. Urzędniczka nie powiedziała: „łaaał”. Myślicie, że ZUS mnie kocha?
-
Całować czy nie całować? Oto jest pytanie.
Sytuacja sprzed chwili: Ona wsiada do pociągu, ale stoi jeszcze w drzwiach. On został na peronie, ale widać, że wolałby pojechać z Nią. Patrzą na siebie. Nic nie mówią. Chwila wahania, On wskakuje na schodki wagonu, przytula Ją, całują się. Romantyczna chwila. Nagle słychać głos konduktora: „Panie pociąg ma opóźnienie, a pan się za całowanie wziął!” I szast mu drzwi przed nosem. Bardzo dobrze! Gonić całuśników. Tfu. To przez nich te opóźnienia w kursowaniu pociągów. Znowu mi pomidorowa w domu wystygnie. zdjęcie: Vane z Pixabay
-
O niezrozumieniu w związku
Chyba się rozwodzę. Ale nie w sensie, że za długo i rozwlekle gadam, ale mówię o sytuacji, w której ja zostaję z majątkiem w pałacu i pokaźnym kontem bankowym, a on odjeżdża z jedną pierzyną, w siną dal, gdzie będzie mu smutno i źle, wozem zaprzęgniętym w jednego konia (oczywiście takiego kaszlącego, o ile konie kaszlą). Jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji, ale już się ku niej chylę (a nie, to coś mnie łupnęło w krzyżu i wyprostować się nie mogę). Do rzeczy: na moją subtelną uwagę (innych przecież nie rzucam, wiadomo), której tematu już nie pamiętam, brunet zapytał czy zauważyłam, że przez ostatnie dwa tygodnie ciągle go krytykuję. Zdenerwowałam się.…
-
Cuda się zdarzają.
Impreza rodzinna. Kościelna. Towarzystwo poważne, wystrojone. Podkusiło mnie, żeby założyć nowe buty na wysokich obcasach to stoję i cierpię już z godzinę. Wkomponowałam się w miejsce znakomicie: na ścianach wiszą sami męczennicy, a jedna cierpiętnica stoi na środku kościoła i przeklina w myślach pomysł wystrojenia się. Naiwnie sądziłam, że usiądę. Jasne. Stoimy. Miejsc brakuje. Wiadomo, ławki zajmują rezydentki, które mam wrażenie w ogóle nie opuszczają kościelnych ław jakby się bały, że ta, która wyjdzie pierwsza, pierwsza przeniesie się na tamten świat. Spoglądają na siebie co niedzielę, jakby chciały się odliczyć i pokazać „jeszcze tu jestem i nigdzie się nie wybieram”. Mają za nic prośby księdza, aby przychodzić na msze dla…
-
Manewry wojenne, czyli kolejna impreza rodzinna.
Uwielbiam imprezy rodzinne. Uwielbiam. Doczekać się nie mogę kolejnych. Wyczułyście sarkazm? Kiedy inni widzą zabawę, radość, rosół z kluchami, piękne sukienki, możliwość pogadania z dawno nie widzianymi krewnymi ja widzę to: Telenowela, odcinek pierwszy: „Szykujemy się na wesele”. Od rana Mały pyta czy idziemy na rosół czy do kościoła, bo on do kościoła nie idzie, bo w kościele to go zawsze nogi bolą, właściwie to go nogi bolą jak tylko obok kościoła przechodzi, ale na rosół pójdzie. I czy on musi iść w koszuli, bo nie cierpi chodzić w koszulach i czy na pewno WSZYSCY chłopcy będą w koszulach. Po półgodzinnych pertraktacjach, zakończonych jedynym działającym argumentem: „musisz iść w koszuli,…


















