Szantaż, czyli jestem mimem
Od małego byłam szantażowana.
Rosłam szantażowana przez rodziców: jak nie zjesz – nie pójdziesz na dwór, jak nie posprzątasz w pokoju – nie zaprosisz koleżanek; przez brata: powiem mamie, że byłaś na wagarach, jak nie dasz mi czekolady, którą schowałaś w szafce. Szantażowała mnie Gośka w ósmej klasie: jak mi nie dasz odpisać polskiego, to powiem Pawłowi, że się w nim kochasz. Szantażował mnie Kamil na obozie: daj buziaka, albo nigdy nie znajdziesz trampek, które ci schowałem.
Czasami ulegałam szantażowi – dałam odpisać Gośce polski, dałam buziaka Kamilowi (dokładnie wiedziałam, gdzie schował trampki i tylko udawałam, że się zmuszam), a czasami ryzykowałam karę (nie dałam bratu czekolady, o wagarach rodzice i tak by się dowiedzieli, a czekolada smakowała bosko).
Szantażuje mnie otoczenie wymuszając zachowania trudne do akceptacji w pewnych sytuacjach, a klasyfikowane jako dobre obyczaje, właściwa postawa, kultura osobista. Nie rozedrę się w pracy na przełożonego, który bez zahamowań, drze się na mnie. Ja nie mogę. Kultura tego wymaga, albo hierarchia stanowisk lub po prostu instynkt samozachowawczy.
„Dobrze, że panią widzę. Chciałem coś powiedzieć. Pani słucha, a ja mówię! Ile razy będzie pani dzwonić do sekretariatu z pytaniem czy podpisałem umowę? Nie wie pani, ile mam pracy na biurku? Do szału doprowadzają mnie telefony. Wszyscy dzwonią.” Udaję, że rozumiem jak ciężki jest los dyrektora innego biura. Współczuję. Nawet mam minę przygotowaną na tę okoliczność. W środku się we mnie gotuje, bo umowę muszę mieć na biurku za pół godziny, a czas, który spędzam na słuchaniu wydzierania się, mógłby „dar-czyńca” spożytkować na złożenie podpisu. Stoję jak Jurand pod zamkiem w Szczytnie i czekam na zmiłowanie wielce czcigodnego komtura – dyrektora. Minę mam boleściwą.
Nie odpysknę lekarce przewracającej oczami i wzdychającej, że przyszłam przed zamknięciem przychodni (nie interesuje jej to, że pędziłam trzema tramwajami prosto z pracy). Zależy mi na wypisaniu jednej recepty, jestem więc miła. Słucham jaki ma krzyż pański z pacjentami przychodzącymi grupami, stadami i zalegającymi w poczekalni z byle objawem, który można wyeliminować domowym sposobem. Wiadomo, gdyby nie pacjenci wszystkim żyłoby się lepiej. Współczuję przyjmując odpowiednią minę: udręczoną. Mina u lekarza musi być bardziej potulna niż mina dla przełożonego, bo tu chodzi o zdrowie, a wiadomo zdrowie najważniejsze. Dostaję w końcu receptę i wycofuję się z gabinetu tyłem, pokornie ściskając w ręku torebkę – widziałam tak na jednym filmie o chłopach pańszczyźnianych (oni ściskali czapki, ale jest wiosna – czapki nie noszę). Bardzo skuteczna poza i mina.
Często szantażował mnie mój brunet. Przy nim zdobyłam sprawność mima! Mogłam wyjść z koleżankami dopiero wtedy, kiedy zrobiłam, co mi zaplanował. Czuł się jak mój właściciel, który okaże serce i pozwoli służce na wychodne, pod warunkiem, że służka najpierw oddzieli groch od maku. Zależało mi na brunecie i na wyjściu bez fochów, więc potulnie oddzielałam ten …mak (klnąc w duchu nie jak Kopciuszek, a raczej jak zła macocha). Pójdzie ze mną na urodziny do Zuzy, choć nie cierpi moich przyjaciółek, bo to nic dobrego patrząc na jedną czy drugą, ale zrobi mi ten zaszczyt. Wiem jaka to dla niego męka. Przybieram kolejną minę, tym razem dziękczynną. Mam się nim jednak zajmować na tych urodzinach. Nadskakiwać. Niech koleżanki widzą na jaki skarb trafiłam i jak o ten skarb dbam. Ta, jasne.
Znowu makaron na kolację? Przecież wiem, że on nie przepada. Specjalnie chcę go wpędzić w zły nastrój, a może i w chorobę. Zaciskam zęby i dla świętego spokoju zmieniam menu. Makaron i tak dla siebie zrobię, jemu coś, co lubi. Gwarantuję sobie w ten sposób spokojny wieczór. W innym przypadku musiałabym patrzeć na nadąsanego mężczyznę, a męski foch gorszy niż ospa. Niezadowolony osobnik płci przeciwnej przebywający na tym samym metrażu to dopiero wyzwanie. Nie wiesz co zrobiłaś źle. Skąd te dąsy? Tym razem to brunet ma minę, boleściwą, sugerującą, że życie ze mną jest ciężkie i wymaga od niego heroicznego wysiłku. Nie może wynieść śmieci, bo kończy pracę na komputerze i dobrze wiem, że nie może się rozpraszać. Nie ma w lodówce maślanki, choć tyle razy mnie prosił, żebym kupowała. Sam nie pójdzie. Zdjął już kurtkę i nie będzie się znowu ubierał. Trudno, zje bez maślanki. Poświęci się. A w ogóle to mogłabym zacząć dbać o siebie, bo kiedyś byłam taka ładna a teraz co?
Kiedyś? Znowu zaciskam zęby (ortodonta pewnie się cieszy, bo wydam u niego majątek jak tak dalej pójdzie).
O ile dyrektora nie zmienię, przychodnię owszem, to jeśli chodzi o bruneta, przybierając minę „jak ci tak ze mną źle, to droga wolna” – zmieniłam podejście do związków.
Dziewczyny nie dajmy się szantażować minami! On robi minę, wy też zróbcie! Jeśli chcą brać udział w konkursie na miny to niech biorą. Wygrają? Nigdy. Natura obdarzyła nas wachlarzem min. Żaden mężczyzna nie może się z nami równać. Mamy miny na pogodę i na niepogodę, miny przeprośne, bolesne, płaczliwe, radosne, szczęśliwe. Jeśli będąc w związku najczęściej przybieracie miny smętne, jesienne, deszczowe – coś jest nie tak.
Brunet przeniósł się ze swoją miną na inne podwórko, a ja wystawiam twarz do słońca, które czeka, aż pokażę światu moją ulubioną minę – minę kobiety zakochanej.
photo by Ronan Jouve from flick
3 komentarze
Izabela
Kornelio kochana dlaczego tak późno zaczęłaś pisać. Może większość z nas nie wyglądałaby teraz jak Jocker w Batmanie! Jack Nicholson nam wybaczy jak przeczyta tekst.
Tak trzymać
Kornelia Knot
Oj Izuś 🙂 dziękuję
Krystyna
Pewnie, że my mamy własny arsenał min! Nie ma co się dawać szantażować. Dobrze, że coraz więcej kobiet zaczyna to rozumieć.