Nić porozumienia a właściwie cały łańcuch.

Dzisiaj będzie opowieść z cyklu podróżniczych, zasłyszanych w trakcie zimowej wędrówki.

I nie obruszać mi się, że czas zarazy a ja zwiedzam obce kraje, dalekie strony, bo wędrówka była z tych bliższych,  po ojczyźnie, a konkretnie po własnym mieszkaniu.

Zwiedzałam kąty, dawno niewidziane szuflady, wspinałam się na szafki, zdobywałam szczyty szaf – ot takie piesze wędrówki przedświąteczne.

Nie szłam sama – towarzyszył mi płyn do mebli, ścierka do kurzu i wyjątkowo wredny odkurzacz z wiecznie skręcającą się rurą, przez którą na usta cisnęły mi się różne słowa, bynajmniej nie słowa kolędy.

Mówią, że podróże kształcą. Potwierdzam.

W trakcie wędrówki dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy.

O, na przykład tego, że mam trzy durszlaki (choć całe życie myślałam, że dwa), że liczba brązowych torebek jest co najmniej niepokojąca i zachodzi uzasadnione podejrzenie czy to wszystko moje czy może jednak jakieś kangurzyce podrzucają mi swoje torby – nie daj boże z dziećmi, bo jako dobra ciocia popilnuję dowolną ilość potomstwa (na wszelki wypadek  zajrzałam do każdej –  stan kangurzątek zero).

Dowiedziałam się również,  że jak Współspacz latem na pytanie „po co nam trampolina ogrodowa i gdzie my ją później schowamy”, odpowiedział „wciśniemy pod łóżko” to zamiast uznać wypowiedź za przedni dowcip, powinnam od razu zajrzeć pod mebel, a tak to mi teraz oczy wychodzą z niebieskich orbit i są już w odległej, odległej  galaktyce.

Oprócz poszerzenia horyzontów, tych z dziedzin zoologicznych  czy astronomicznych, poszerzył mi się horyzont nazwijmy go społeczny.

A  było tak.

Dwuosobowe społeczeństwo, czyli Współspacz i jego latorośl, zajęci  wkładem w przygotowania domu do Świąt,  od godziny rozplątywali lampki na choinkę, czyli podtrzymywali rodzinną, wieloletnią tradycję.  Rozplątywanie kilometrów światełek to czynności żmudna, długotrwała, podczas której można miło konwersować. I jak mi ktoś powie, że teraz między pokoleniami brak nici  porozumienia, albo  zanika sztuka konwersacji, myli się. Zapewniam, wszystko ma się dobrze: i sztuka i konwersacja.

Panowie rozplątywali sto sztuk lampek i toczyli rozmowę, nieświadomi, że jeszcze wiszę pod sufitem chuchając na klosz żyrandola, co by błyszczał i jaśniał niczym Gwiazda Betlejemska, żeby Dzieciątko się nie pomyliło i wiedziało gdzie Jego stajenka (to znaczy nie taka dosłowna, bo jednak trochę sprzątnęłam).

– Tato co byś zrobił jakbyś wygrał sto tysięcy złotych? – zapytał ten, co już prawie rozplątał zielone światełka.

– Matce bym oddał – odpowiedział Trzymający Wtyczkę. –   Od razu. I tak pewnie nawet pięciu minut bym się nimi nie zdążył nacieszyć. Od razu nastąpiłaby konfiskata mienia.  Odebrałbym wygraną i tyle bym ją widział.

– To tak jak ja moje pieniądze z komunii- westchnęła młodsza odnoga drzewa genealogicznego.

Duma mnie rozpiera. Moi panowie świetnie się dogadują.

I to dzięki mnie.

A mówią, że nie ma nici porozumienia pomiędzy pokoleniami.

Ta nić jest  i jest bardzo długa.

Właściwie to nie nić a łańcuch.

Po rozplątaniu wszystkich światełek taki gdzieś z dziesięć metrów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *