Pestka, obcas i empatia.
Pędzę do domu na złamanie karku i obcasa 7 i pół centymetra wzwyż, pod jedną pachą trzymając kilogram mąki i cukru, a w drugiej ręce targając siatkę z zawartością przekraczającą dozwoloną ładowność o jakąś tonę.
I lecę tak omijając kałuże, bo zaczęło padać dokładnie w chwili, kiedy wychodziłam z pracy, choć przez osiem godzin słonecznie jakoś było (!) i tak lecę i czuję, że wydłuża mi się ręka trzymająca siatkę i zaraz przekonam się organoleptycznie na czym polega prawo grawitacji, bo mnie siata przeciąża, więc próbuję złapać równowagę odchylając się w stronę przeciwną do siaty i wyglądam teraz jak ten dzwonnik z tej spalonej katedry.
I tak balansuję pomiędzy życiem a śmiercią, bo wiadomo, że jak nie doniosę zakupów na czas to rodzina pomrze z głodu. I już mi się udaje w miarę wyprostować, kiedy natrafiam obcasem na jedyną chyba pestkę wiśni w całym mieście!!!
Trrrach, bęc, chlup, ląduję w samym środku kałuży!
Przed oczami przesuwa mi się kadr z filmu, w którym do kobiety w podobnej sytuacji podbiega przystojny brunet i przy użyciu silnego ramienia stawia ją na nogi – zakupy nawet zbiera.
Moja kałuża nie przyciąga żadnego bruneta ani mężczyzny innego upierzenia.
Spódnica przyciąga błoto, woda wciąga torebkę z cukrem.
Wpadam do domu upaprana, wściekła na cały świat.
Od wejścia zaczynam się żalić Współspaczowi, relacjonując ze szczegółami bitwę z przeciwnościami losu i słyszę pełną zrozumienia, empatyczną odpowiedź:
” Czyli do piekarni nie weszłaś?”
2 komentarze
Ewelina J.
Jakbym widziała siebie 😀
Kornelia Knot
Miło, że nie jestem sama 🙂