Matka na wojennej ścieżce.
Jak wojna to wojna. Choćby i z wirusem – powiedziałam do siebie patrząc w lustro.
Zasady wojenne znam. Kiedy wróg rozprzestrzenia się w najbliższym środowisku należy a) podjąć walkę bezpośrednią lub b) partyzancką. Siedzę zamknięta w domu więc powiedzmy, że zeszłam do podziemia.
Najpierw trzeba wybrać pseudonim.
Może „Łania”? – Zastanawiam się głośno.
E nie, zaraz zaczną się podśmiechujki, że to z powodu nieogolonych nóżek (maszynki mi wyszły).
Może „Jagoda”?
Też nie. Byłam kiedyś na festynie, na którym zespół ludowy i jego mocno leciwe śpiewaczki, katowały piosenkę „A ja młoda jak jagoda”. Pamiętam ogólną wesołość jaką wzbudziło to wykonanie.
„Grab” i „Sosna” też zajęte: przez sąsiada z drugiego piętra i sąsiadkę z trzeciego. Widziałam jak pani Janka (Sosna) spuszczała przez balkon, w koszyku, kawałek szarlotki, a pan Zbyszek (Grab) odbierał i wkładał tam (chyba) sok malinowy – w pełnej konspiracji przed panią Zosią z parteru, nieszczęśliwie zakochanej w panu Zbyszku.
Hmm, co tu wybrać?
Krzyczą z drugiego pokoju: „Matka” se wybierz!
No co za rodzina. Już ja im dzisiaj obiad przesolę. Zobaczą z kim zadarli.
Oj zweryfikuje ta kwarantanna wiele spraw, oj zweryfikuje – na początek znaczenie pojęcia „rodzina” (żmije na własnej piersi wyhodowane).
Jeden Komentarz
Ewelina J.
To zacieśnianie więzi rodzinnych w czasie kryzysu, haha 😀