Bolesne kobiecości początki.
Jestem kobietą.
Pomiędzy te dwa wyrazy powinnam wrzucić kilka przymiotników, ale gdy napiszę „fantastyczną, świetną, przebojową” to zaraz Współspacz mnie wyśle na badanie głowy, a gdy napiszę „melancholijną, płaczliwą, jęczącą” to weźmiecie mnie za mazgaja. Dlatego pozostawię to zdanie bez przymiotników. Kiedy znajdę jakiś wyraz definiujący mnie wystarczająco, nie omieszkam was poinformować.
Powiem wam jak stawałam się kobietą, albo raczej jak zmieniało się moje wyobrażenie o byciu kobietą – prawdziwą kobietą. W ogóle dzisiaj będzie dużo słowa „kobieta”.
Mając lat pięć, myślałam, że kobieta to ktoś ładnie umalowany.
Moja mama nie używała kosmetyków, nie nosiła biżuterii. Stawiała na naturale piękno, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Na nieśmiałe prośby o pierścionek, kolczyki odpowiadała: „Jak skończysz osiemnaście lat”.
Potrzeba bycia kobietą nie poczekała do magicznej liczby 18. Przy czynnym udziale Ani z trzeciego piętra, wymalowałam twarz i dłonie flamastrami, które ojciec przywiózł jej z Niemiec. Niebieskie powieki, czerwone policzki i różowe paznokcie utrzymywały się jeszcze kilka dni. Szorowana przez mamę w wannie, chyba pumeksem, odczułam boleśnie znaczenie powiedzenia „chcesz być piękna to cierp”. Cierpiała moja kolorowa kobiecość spływająca przez odpływ w wannie do miejskiej kanalizacji.
Pod wpływem filmów oraz babci (przedwojennej damy noszącej ogromne kapelusze i palącej jak smok) pojęcie „prawdziwa kobieta” ewaluowało w stronę eleganckiej damy, palącej papierosy w długich cygarniczkach. Też chciałam powoli wypuszczać dym, z gracją i wdziękiem. Chciałam być taka jak babcia i te aktorki. Cygarniczki nie znalazłam, ale Paweł z mojej zerówki znalazł w piaskownicy niedopałek papierosa. Poszliśmy do piwnicy przekonać się jak smakuje papieros. Niestety na miejscu zbrodni nakrył nas brat Pawła i doniósł rodzicom. Pogadankę o szkodliwości palenia przeprowadził ze mną pasek od niebieskiej sukienki mamy. Bolesna to była pogadanka. Nie sięgnęłam więcej po papierosy.
Kilka lat później, chyba w czwartej klasie, dzięki Elżbiecie Dzikowskiej zapragnęłam podróżować, odkrywać, zwiedzać. Być kobietą z pasją. Założyłam słomkowy kapelusz, wepchnęłam do harcerskiego plecaka oranżadę i dwie kanapki z masłem, pomidorem i solą, zostawiłam kartkę na stole: „Wyruszam w podruż, nie martfcie sie, kochająca curka” i poszłam przed siebie. Doszłam do jakiegoś pola, oparłam się o stóg siana, wypiłam oranżadę i zasnęłam. Znalazł mnie wujek i odprowadził do domu. Odkrywanie świata zajęło mi trzy godziny. Mama nie zdążyła wrócić z pracy, więc nie zdążyła się również zdenerwować, ale profilaktycznie, ponownie odbyłam pogadankę z niebieskim paskiem.
Jak tak dobrze pomyśleć to często z nim gadałam. Próbował chyba wybić mi z głowy i tyłka kobiecość.
Nie dałam się jednak. Wydaje mi się, że wyrosła ze mnie całkiem fajna babka. Pokręcona, ale fajna.
cd tej historii musi nastąpić.
Chcecie więcej?