• Kto ma tyle wdzięku co ja, czyli skromność wrodzona.

    Dzień dobry. Jak spędziłyście weekend? Ja na gotowaniu. Jako totalne beztalencie kulinarne zdobyłam się w końcu na odwagę, żeby spenetrować ten obszar bliżej mi nieznany. Wzięłam udział w warsztatach pewnej międzynarodowej szkoły kulinarnej w Łodzi. Mam nawet dyplom z lepienia pierogów. Pokazałabym, ale ubrudził się mąką. Czy widać na zdjęciu jak profesjonalnie smażę cebulę? Gdybym wiedziała, że to zdjęcie dostanie tyle lajków na Facebooku, zapisałabym się na kurs… smażenia konfitur. Co by było bardziej prestiżowo.  

  • (Nie)wychowanie

    Zdaje sobie sprawę jakie to niewłaściwe, niepedagogiczne i szkodliwe społecznie. Mówię o tym z oburzeniem (dla wzmocnienia przekazu mogę dodać, że ze świętym oburzeniem). Umówmy się, że opowiadam zasłyszaną na ławce w parku historię i zgodnie z tym, co piszą w mądrych książkach –  z dezaprobatą kręcę głową krzywiąc się: „Takie matki należy piętnować. To nie WYCHOWANIE a NIEWYCHOWANIE”. Ponieważ w wychowaniu bierze udział cała rodzina (świadomie czy nieświadomie) zacznijmy od dziadka. Chociaż mój dziadek to przedwojenny absolwent Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP, talentu do władania pędzlem niestety po nim nie odziedziczyłam. Nawet kredką czy flamastrem. Nie, piórkiem też nie. Uwierzcie: niczym. Całkiem zgrabnie umiem narysować tylko bezlistne drzewo, grzyba i…

  • Blondynka wieczorową porą

    Machając nogą w kapciu pisałam wczoraj tekst z zamiarem opublikowania go w piątkowy poranek. Czułam się jak brunet wieczorową porą, bo, jak bohater przywołanego filmu, przez cały dzień nie mogłam znaleźć miejsca, w którym spokojnie dokończyłabym (nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu): prawdy objawione. Tekst wydawał się lekki i przyjemny, pasujący do porannej, piątkowej przedweekendowej kawki (razem się pisze czy osobno?). Zegar wskazywał 23:05 (bo przecież jak się ma rodzinę to o innej porze do swoich spraw się nie zasiada), włosy zawinięte na trzy wałki z przodu i pięć z tyłu spokojnie sobie schły, gdy nagle oczom moim ukazał się złośliwy komentarz pod jednym ze starych wpisów, a potem…

  • My dzieci PRL-u…

    Tylko dzieci PRL-u mogą w pełni zrozumieć dziką radość jakiej doświadczam od kilku dni. Radość, która wytrąca mi długopis z ręki i odsuwa pisanie na dalszy plan, bo zamiast spełniać się twórczo, biegam po sklepach w poszukiwaniu mebli i rzeczy do mojego (!) pokoju, szumnie zwanego biblioteką lub gabinetem. Nie będę już dzielić biurka z nastolatkiem odrabiającym pracę domową o Kochanowskim i nie dostanę rozstroju nerwowego widząc zdanie „Kochanowski urodził się pod lipą, dlatego czerpał z niej natchnienie”. Latorośl dostała swoje biurko w pokoju obok, dokąd przeniosła się z zeszytem, a rozstroju nerwowego niech teraz dostaje pani od polskiego. Skąd ta dzika radość? Odkąd pamiętam nigdy nie miałam swojego kąta.…

  • Nabroiłam. Chyba.

    Jakbyście teraz do mnie wpadły i od drzwi krzyczały „Kornelia, Kornelia mamy szarlotkę dla ciebie” – a nikt by  się nie odezwał to nie, nie pomyliłybyście mieszkań. Po prostu siedzę cicho, bo podobno podpadłam i nie wiem jak się wywinę (to cytat autorstwa bruneta). Zaczęło się od skrzynki na listy, a właściwie od rachunku za wodę tkwiącego w środku. Brunet pięć razy sprawdzał czy dane na kwitku się zgadzają, czy dotyczą naszego zużycia, naszego miasta, mieszkania, osób, galaktyki, bo to podobno niemożliwe, żeby takie zużycie dotyczyło jednego domostwa. Zostałam poproszona o zajęcie miejsca w  dużym pokoju i rzucenie okiem na dowód przestępstwa, bo wiadomo, że główną oskarżoną w procesie o…