Nabroiłam. Chyba.

Jakbyście teraz do mnie wpadły i od drzwi krzyczały „Kornelia, Kornelia mamy szarlotkę dla ciebie” – a nikt by  się nie odezwał to nie, nie pomyliłybyście mieszkań. Po prostu siedzę cicho, bo podobno podpadłam i nie wiem jak się wywinę (to cytat autorstwa bruneta).

Zaczęło się od skrzynki na listy, a właściwie od rachunku za wodę tkwiącego w środku. Brunet pięć razy sprawdzał czy dane na kwitku się zgadzają, czy dotyczą naszego zużycia, naszego miasta, mieszkania, osób, galaktyki, bo to podobno niemożliwe, żeby takie zużycie dotyczyło jednego domostwa.

Zostałam poproszona o zajęcie miejsca w  dużym pokoju i rzucenie okiem na dowód przestępstwa, bo wiadomo, że główną oskarżoną w procesie o wysokie zużycie wody ciepłej i zimnej zostałam ja.

Nie miałam adwokata. Wychodząc spod prysznica naiwnie myślałam, że jedyne czego potrzebuję to suchy ręcznik, a okazało się, że i obrońca z urzędu by się przydał. Zakręciłam elegancko mokre włosy w turban i przystąpiłam do obrony własnej osoby (po francusku: mła) bez pomocy profesjonalisty.

Jedyne co wpadło mi do głowy ot tak na szybko, to zrobienie niewinnej miny, ale brunet obeznany w taktykach, przejrzał mnie, oświadczając, że na minę nabrać się nie da i on też przystąpił, ale do mowy oskarżycielskiej.

Zaczął od rzucenia podejrzenia, czy aby nie jestem syreną. Jeśli tak, mam się przyznać bez obaw. Nie zostanę porzucona, bo poza wysokim zużyciem, posiadam wiele zalet. Może nawet zarobimy parę złotych, pokazując mnie za pieniądze na festynach miejskich.

Obaliłam tę linia oskarżenia przypominając brunetowi wakacje w Łebie, gdzie widział jak wsadziłam dwie stopy do Bałtyku i poza krótkim wstrząsem termalnym nic innego się ze mną nie zadziało (czytaj: nie wyrósł mi ogon).

Brunet nie poddał się łatwo.  Rzucił kolejnym podejrzeniem o prowadzenie przeze mnie nielegalnego fokarium i to co najmniej z pięcioma fokami i jednym morświnem, bo kobieta posiadająca dwie ręce i nogi, nie zużywa tyle wody, co jest podobno naukowo dowiedzione. Mam natychmiast zaprzestać działalności i wywieźć zwierzęta na Hel, albo do warszawskiego lub łódzkiego zoo – mogę wybrać dowolnie.

To oskarżenie obaliłam równie łatwo jak pierwsze, pytając jak na tak małym metrażu nie zauważyłby morświna, choć biorąc pod uwagę, że nie zauważa zlewu pełnego talerzy do mycia, obawiałam się czy moje rozumowanie było logiczne.

Potem szczwany lis chciał mnie podejść, udając współwinnego procederu wysokiego zużycia. I nie miał na myśli codziennego golenia się lub nagminnego podlewania ogródka. Wziął na siebie część win, bo niby sam  zachęcał mnie do zapisania się na naukę pływania, a teraz widzi, że uprawiam pokątny proceder zasilania miejskiego basenu w wodę. Sprawdzi, czy aby na pewno jadąc na pływalnię mam ze sobą tylko kostium, czepek i klapki, czy przypadkiem w bagażniku nie wożę  dwóch wiader, bo ciągle narzekam na niską temperaturę w basenie, więc pewnie dolewam po cichu cieplejszej, a czy ja wiem ile kosztuje metr ciepłej wody w naszym mieście.

Czułam jak pod turbanem gotują mi się włosy, więc żeby nie przedłużać procesu, zastosowałam to, co zawsze się sprawdza, czyli stary, dobry, polski szantaż.

Mowa końcowa brzmiała tak: jeśli nadal będzie prowadził dochodzenie w sprawie wody, to od jutra sam sobie pierze i prasuje koszule. I niech się cieszy, że moje zużycie dotyczy tylko poboru wody, a nie cierpliwości do niego, co brunet skonstatował westchnieniem i wydaniem werdyktu: sprawa umorzona z powodu braku dowodów.

A Wy czym podpadłyście ostatnio? Woda? Światło? Gaz?

 

zdjęcie: Ryan McGiure z Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *