-
Oddam za darmo!!!
Uwaga, ogłoszenie! Oddam za darmo i w dobre ręce deficytowe dobro! Nie, nie jest to papier toaletowy. I nie, nie jest to dziesięciokilogramowy worek makaronu typu „świderki”. Wygodnie mi się na nim śpi. Ale mam coś, co mogę przekazać w dobre ręce. W lewą i w prawą. Właściwie w którąkolwiek. W tych trudnych czasach trzeba się dzielić z innymi, wspomagać – pomagać, być po prostu człowiekiem. Nie wolno chomikować, trzymać tylko dla siebie. Nie chcę być Scroogem naszych czasów, dlatego zamieszczam anons. Przedmiotem ogłoszenia mogą być zainteresowani wszyscy, którzy funkcjonują na oparach, na prawie wyczerpanych bateriach, którym wydaje się, że jeszcze chwila i wybuchną, albo są u jej kresu. Otóż,…
-
Nie chce mi się z tobą gadać.
Ogarnęła mnie niemoc twórcza. Nie mam weny, opadłam z sił. Gapię się w sufit leżąc na katafalku. Nie, nie takim z gromnicami po bokach, ale na modnym, wielkim łożu dwa metry na dwa, czy trzy na pięć. Wiecie – takim przepastnym, że jak na nim zgubisz skarpetkę albo majtki to szukasz pół nocy. A jak chcesz pogadać z osobą wspóleżącą to najpierw musisz się upewnić, że osoba na pewno tam jest, więc albo rozgrzebujesz kołdrę i szukasz na własna rękę albo krzyczysz: „jest tam kto?” Oby się odezwał właściwy głos. Wiadomo łóżka się czasem mylą. No więc tak leżę i gapię się w sufit i gapię. Na to gapienie wchodzi…
-
Matka na wojennej ścieżce.
Jak wojna to wojna. Choćby i z wirusem – powiedziałam do siebie patrząc w lustro. Zasady wojenne znam. Kiedy wróg rozprzestrzenia się w najbliższym środowisku należy a) podjąć walkę bezpośrednią lub b) partyzancką. Siedzę zamknięta w domu więc powiedzmy, że zeszłam do podziemia. Najpierw trzeba wybrać pseudonim. Może „Łania”? – Zastanawiam się głośno. E nie, zaraz zaczną się podśmiechujki, że to z powodu nieogolonych nóżek (maszynki mi wyszły). Może „Jagoda”? Też nie. Byłam kiedyś na festynie, na którym zespół ludowy i jego mocno leciwe śpiewaczki, katowały piosenkę „A ja młoda jak jagoda”. Pamiętam ogólną wesołość jaką wzbudziło to wykonanie. „Grab” i „Sosna” też zajęte: przez sąsiada z drugiego piętra i…
-
Bolesne kobiecości początki.
Jestem kobietą. Pomiędzy te dwa wyrazy powinnam wrzucić kilka przymiotników, ale gdy napiszę „fantastyczną, świetną, przebojową” to zaraz Współspacz mnie wyśle na badanie głowy, a gdy napiszę „melancholijną, płaczliwą, jęczącą” to weźmiecie mnie za mazgaja. Dlatego pozostawię to zdanie bez przymiotników. Kiedy znajdę jakiś wyraz definiujący mnie wystarczająco, nie omieszkam was poinformować. Powiem wam jak stawałam się kobietą, albo raczej jak zmieniało się moje wyobrażenie o byciu kobietą – prawdziwą kobietą. W ogóle dzisiaj będzie dużo słowa „kobieta”. Mając lat pięć, myślałam, że kobieta to ktoś ładnie umalowany. Moja mama nie używała kosmetyków, nie nosiła biżuterii. Stawiała na naturale piękno, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Na nieśmiałe prośby o pierścionek, kolczyki odpowiadała:…
-
A spróbuj się teraz dodzwonić!
W czasach dawno minionych strach wzbudzał…telegram. Kiedy mama dostawała powiadomienie, zalewała się łzami nawet nie znając przesyłanej treści. Czasami była tam tylko wiadomość, że ktoś do nas przyjeżdża i wtedy rozpacz zamieniała się w ulgę. Rozmowa międzymiastowa nie wywoływała już takich dreszczy. Myślałam, że gdy mama wchodzi do kabiny telefonicznej to tylko po to, żeby sobie pokrzyczeć. Krzyczała i nikt nie zwracał uwagi. Wszyscy tak rozmawiali. Nie mieliśmy telefonów komórkowych, ale udawało nam się porozumieć. W parku na moście oraz na pniach drzew można było przeczytać wyznania miłosne, oświadczenia kogo i z kim łączy wielka, nierozłączna miłość, kto jest głupi, albo który klub piłkarski jest #@##. Darliśmy się pod oknami…














