Odkrywam gorzką prawdę o sobie…
Może Was zaskoczę, ale…nie jestem ideałem. Obżeram się słodyczami, choć nie powinnam. Już drugi miesiąc idę na siłownię, a tylko potykam się pod drzwiami o spakowaną torbę ze strojem sportowym. A jak rano dzwoni budzik nawołując do podniesienia zwłok z łóżka to nie witam dnia radosnym: „kochany poniedziałku, wtorku, miło was widzieć”, tylko zawsze przeklnę: „ożesz mać nieeee”.
Tak wiem, rozczarowałam Was. Tak, otworzyłam oczy niedowiarkom tym wyznaniem i już widzę jak się pakujecie i zabieracie zabawki z naszej piaskownicy, w której my wszyscy wspólnie siedzimy. Przykro mi. Wybaczcie.
Wybaczanie to rzadka umiejętność. Jestem spod Barana wiec u mnie przebaczanie leży i kwiczy, a właściwie: stoi na krótkich nóżkach i beczy.
Pewnej koleżance, pomimo najszczerszych chęci, wybaczyć nie potrafię. Kiedy już przebaczenie ma dojść do głosu, wyrwać się z jamy ustnej na świat, to stanie się coś takiego, co każe mi to przebaczenie łyknąć, przełknąć, przepchnąć przez jelita, a potem pozbyć się go, zgodnie ze sztuką działania układu pokarmowego.
Ale nie spoczywam na laurach. Cały czas uczę się przebaczać. Uczyłam się wczoraj w sklepie od dwóch panów trzymających ten sam sweterek: jeden pan trzymał rękaw lewy, drugi pan trzymał rękaw prawy.
-Pan wybaczy, ale ja pierwszy zauważyłem ten sweter.
-To pan wybaczy, ale już sięgałem po niego, kiedy załapał pan za rękaw.
-Wybaczy pan, ale bzdury pan opowiada. Kiedy podszedł pan do stoiska, ja już ten sweter trzymałem.
-Nie wiem po co ta dyskusja, bo proszę mi wybaczyć, ale w tym kolorze i fasonie wyglądałby pan jak bałwan.
-Wybaczy pan, ale jest pan osłem.
-A pan, proszę wybaczyć, kretynem.
Nie przysłuchiwałam się dalej, bo mnie zawstydzili.
Obcy ludzie potrafią sobie tak ładnie wybaczać a ja co?
Może to wcale nie jest takie trudne?
Może i ja spróbuję?
Wybaczcie mi, idę ćwiczyć wybaczanie.
Jak to szło…wybacz, ale jesteś osłem.
zdjęcie: ElisaRiva z Pixabay