-
bonusik do kawy
Rozchorowałam się. Już słyszę jęk zawodu: ale wiadomość, chora! Rzeczywiście powód do skrobnięcia paru słów! Jeśli tak myślicie, nie wiecie jak wyglądam podczas choroby. To nigdy nie jest klasyczne, podręcznikowe chorowanie. Nigdy nie wygląda na zwykłe przeziębienie. Przypomina raczej kataklizm przeziębieniowy. Przy moim katarze, Niagara to zwykły strumyczek. Z oka leci mi wodospad łez. Tak. Dobrze czytacie: z jednego. Rodzicielka sprzedała mi tę postać choroby: jedno oko normalne, ale drugie szpara, nochal czerwony, nieład we włosach. Nie wiem dlaczego, ale od razu fryzura mi się kołtuni. Wyglądam bosko. Skąd wiem? Bo jak Rafał w pracy wpadł pożyczyć ode mnie zszywacz to jęknął: O Matko Boska! Zerknęłam szybko do lusterka. Nie…
-
Przyłapana. Uchwycona. Uwieczniona.
To jedno ze zdjęć ze świeżutkiej sesji. Moja mina to ostrzeżenie dla Ani: a spróbuj mi powiększyć tyłek! Trochę trudno nam się biegało wśród drzew, bo tylu panien młodych na metr kwadratowy parku, dawno nie widziałam. Chyba kto żyw pozował w sobotę do zdjęć! Na profilu Ani widać, że to czarodziejka obiektywu. Zajrzyjcie. Przekonajcie się sami. #AnnaMariaZagorskaPhotography.
-
Znajomości nadal w cenie.
Chciałam stworzyć jeden mądry, poważny tekst. Chociaż jeden. Z jakiś przesłaniem. Moralizatorski. No dobra tak naprawdę chodziło mi o dostanie się na listę lektur i pobieranie z tego tyłu profitów. Może trzasnę szybko jakąś nowelkę, podpiszę „Eliza Orzeszkowa” i będę udawać, że znalazłam na strychu, a ktoś odkupi dzieło za ciężkie pieniądze? Taka myśl mi błysnęła. Zamiast tworzyć nowelkę, którą szóstoklasiści będą czytać jęcząc, że nuda, ale zaliczyć trzeba, walę bezmyślnie w klawiaturę, jednocześnie gapiąc się na ręce: przydałoby się zapisać na manicure. Zadzwoniłam do salonu z pytaniem o wolny termin po godzinie szesnastej. Pracować jednak muszę, a nie znam szefa, który pozwala lecieć na robienie pazurków w godzinach pracy.…
-
Podbite oko Zuzy.
Chorych nawiedzać… – pamiętając o uczynkach miłosierdzia, wzmacnianych przez ciekawość jak wygląda Zuza z podbitym okiem (w przygotowaniu post jak do tego doszło), zapakowałam kilka rzeczy do torby z zamiarem nawiedzenia rekonwalescentki. Osiem godzin w pracy dłużyło się niemiłosiernie. Czekoladki pachniały nawet przez zamknięte pudełko. A spróbuję jedną. Zuza i tak na pewno by mnie poczęstowała, więc co szkodzi uszczknąć jedną przed wręczeniem. Sięgnęłam po pierwszą. Od słodkiego zachciało mi się pić. Skierowałam oko na kompot. Nie ma nic gorszego jak odwiedzający przynoszący katar, kaszel albo zepsuty kompot. Sprawdzę czy się Zuza nie zatruje. Sprawdziłam. Pyszny. Na pewno by jej smakował. Ani się obejrzałam po czekoladkach zostało pudełko, w słoiku…
-
Jak złapać milionera, czyli schody, schody, schody.
Dobrze mieć piękne życie. Mucha rozpłaszczona kapciem na szybie powiedziałaby, że dobrze jest mieć jakiekolwiek życie, ale nie o muchę tu idzie. Co to znaczy piękne żyć? Miałam kiedyś taki pomysł na siebie, że wyjdę za mąż za milionera (amerykańskiego oczywiście), takiego jedną nogą nad grobem (na wszelki wypadek), zamieszkam w pałacu, który – co bardzo istotne – będzie miał szerokie, drewniane schody prowadzące w dół do jeszcze obszerniejszego holu. O ile fascynacja milionerem, z braku właściwych kandydatów, przeszła mi szybko, o tyle miłość do schodów została. I tu podejrzewam wpływ serialu „Dynastia” emitowanego w latach dziewięćdziesiątych. Nie wiem gdzie i kiedy wrył mi się w mózgownicę obraz: główna bohaterka…
-
Kryminał na wakacje
Wystarczy, że wyjdę do drugiego pokoju, do kuchni czy do łazienki, zniknę na chwilę z oczu, na momencik zostawiając książkę na stole, a już w podskokach przybiegnie do niej Gluś-Nieczytacz mający awersję do słowa pisanego, omijający szerokim łukiem biblioteki, czytelnie, księgarnie i inne wymysły szatana i się drze: -Chowam ci książkę. -Nieee – oddrzewywam się (czyli drę się w odpowiedzi na darcie) – nie zamykaj!!! Skończę się kąpać i wracam do czytania. Nie ruszaj. Co ci książka przeszkadza?! -Za późno. Już zamknąłem i odłożyłem na półkę. Czytasz na sto osiemdziesiątej trzeciej stronie. -Zapomnę! Zaznacz czymś. Zakładka jest w mojej torebce w kieszonce na suwak – drę się dalej. -Nie potrzebuję…
-
W moim domu dyskryminacji nie będzie!
Tyle się słyszy o nierównościach, niewłaściwym traktowaniu, pogardzaniu, dręczeniu, wskazywaniu co jest lepsze a co gorsze. Czy zgodzicie się ze mną, że przynajmniej raz w życiu każdego spotkała jakaś krzywda lub dotknęła niesprawiedliwość? Pomyślałam o tym rano, stojąc przed kuchennym blatem. Z jednej strony razowy chleb – bardzo zdrowy, ciemny, zachwalany przez dietetyków, polecany przez dbających o sylwetki – samo dobro. Z drugiej strony ona – samotna bułeczka pszenna, świeżutka, okrągła, pachnąca, towarzyszka każdego szkolnego śniadania, chrupiąca lub mięciutka, z białym serem, z żółtym, z jajkiem na twardo (kiedy wyjeżdżałyśmy na wycieczki). Tyle wspomnień . Tyle wspomnień. A teraz co? Wzgardzana, szykanowana, samo zło. Zrobiło mi się przykro. Sięgnęłam po…
-
Skandal! Nie odpuszczę!
Chciałam zaprotestować, a ponieważ nie bardzo wiem do kogo adresować swoje pretensje, umieszczam je publicznie, łudząc się, że trafią do właściwych osób. Nie może tak być, że fale hejtu wylewają się tylko na ludzi sławnych, pięknych i bogatych, a na mnie nie. Uważam za wysoce niesprawiedliwe i społecznie szkodliwe omijanie mojej osoby. Spełniam wszelkie kryteria: żyję (sprawdziłam: puls mam, oddycham, czyli nie nakłamałam) i istnieję w sferze publicznej poprzez swoje teksty (i tu drobna podpowiedź: zawsze można się wyżyć, że postawiłam przecinek nie w tym miejscu, co potrzeba, czyli jestem jełopem interpunkcyjnym). Dociekliwi mogą nawet zobaczyć jak wyglądam, bo w czeluściach internetu umieściłam swoją twarz (patrz: zdjęcie profilowe). Co prawda…
-
Słowa, które ranią. Słowa, które leczą.
Słowem wstępu… Słowem podsumowania… Słowem wyjaśnienia… Jednym słowem… Święte słowa… Szkoda słów… Słowo ma ogromną moc. Można nim kogoś dotkliwie zranić. Rana uczyniona słowem jest trudna do wyleczenia, bo niewidoczna. Umości się w człowieku. Tkwi. Boli. Jaki lek pomaga przyspieszyć gojenie takiej rany? Słowem można trafić w człowieka, ale i do człowieka. Do mnie trafiają słowa: chodź przytulę, porozmawiajmy, kocham cię, nie rób tego, nie warto, udało ci się. Znam wiele słów „pierwszej pomocy”. Jakie są Twoje? zdjęcie: Ben Raynal z flickr.com
-
Rower, czyli nikt mnie nie szukał
Marzyłam o rowerze. Mój brunet łaskawie poszedł ze mną do sklepu, aby doradzić, zarekomendować, zaakceptować lub nie, mój wybór. „Ten weź” – wskazał palcem na rower z koszyczkiem z przodu, z koszyczkiem z tyłu – „Mocny. Solidny. Stabilny. Będziesz miała w sam raz na zakupy na ryneczku”. Na zakupy? Na ryneczku? Szukam roweru, którym będę gnać ścieżką rowerową wzdłuż morza, po leśnych ostępach lub zboczami gór! Którym będę się ścigać czując wiatr we włosach! Ryneczek? Też coś. Wyszłam ze sklepu z biało-błękitnym modelem sportowym i kolejnym męskim fochem. Jemu przejdzie, a ja mam to, o czym marzyłam. Nowy zakup stał na balkonie przypięty łańcuchem do balustrady. Nie zniosę go przecież…

























