Huczy o tym cały internet.
Popłakałam się. Wyłam tak, że z łez zrobiła się kałuża, z której łzy trzeba było zbierać szmatą i wyciskać do wiadra. Powód: uświadomiłam sobie, że zatraciłam dziecięcą radość.
Gdzieś mi się przez te lata zagubiła, zapodziała, zaplątała.
Szukałam na dnie torebki. Podobno tam jest wszystko, niestety dziecięcej radości nie było.
Szukałam w kieszeni płaszcza – może wpadła za podszewkę. Też nie.
Szukałam na dnie szafy z dziecięcymi ubraniami (trzymam tam strój księżniczki, który próbuję wcisnąć na grzbiet jak nikt nie widzi, ale niestety już tylko korona na mnie pasuje).
Szukałam wszędzie. Nie znalazłam. Zgubiła się, a może odeszła niezauważona?
Kiedyś byłam taka radosna. Cieszyłam się z drobiazgów: ze złamanego patyczka, który udawał berło, z kawałka szkiełka, przez które niebo nabierało pięknego zielonego koloru, z oranżady w torebce, do której paluchy wkładały wszystkie koleżanki z osiedla.
A teraz? Teraz kiedy dostaję prezent wydziwiam: „Pierścionek z brylantem? Co taki mikry ten brylancik? Prawdziwy czy cyrkonia?” Dziecięca radość nigdy by nie zapytała o ilość karatów.
Zgłosić na policję? Pewnie padłoby pytanie kiedy ostatni raz ją widziałam?
Pomyślmy, to było dawno temu w czasach, gdy mama czytała mi wieczorami.
Uwielbiałam „Katar” Jana Brzechwy. Znałam ten wiersz na pamięć. Zaciskałam ręce na kołdrze i z otwartymi oczami czekałam, aż mama nabierze powietrza i zrobi: „a a a a psik!” Wybuchałam wtedy perlistym śmiechem.
Pamiętacie?
„- Spotkał katar Katarzynę –
A – psik!
Katarzyna pod pierzynę –
A – psik!”
Jak ja się wtedy śmiałam. Odchylałam głowę do tyłu i zaśmiewałam się długo i głośno. Każdy „apsik” to kolejna salwa śmiechu. Ale była zabawa! Apsik -śmiech, apsik- śmiech.
Nic nie zostało z tej dziecięcej radości. Nic. Kompletnie.
Skąd wiem? Pan w tramwaju zrobił mi „a a a apsik” prosto w twarz, a ja (wstyd powiedzieć) nie zaśmiałam się.
Nie drgnął mi żaden z kącików ust. Nie rozbawił mnie „apsik”. Powiem nawet, że chyba wnerwił. Na pewno nie wzbudził wesołości.
Wstyd. Co się ze mną stało? Straciłam dziecięcą radość.
Uświadomił mi to obcy człowiek w tramwaju.
Dziękuję dobry człowieku. Nie znam twojego nazwiska, a chciałam podziękować. Właściwie to chciała podziękować farmaceutka, bo wykupiłam pół apteki, ale to drobiazg.
Kochane, oto mój apel: kichajmy na siebie i śmiejmy się do rozpuku! Odnajdźmy w sobie dziecięcą radość!
Przecież kichanie na siebie to taka fajna zabawa.
Zupełnie jak: podaj dalej.
zdjęcie: Dee S z flickr.com