Modele spędzania wolnego czasu.
Lubię niedziele. Można dłużej pospać, chodzić cały dzień w piżamie, nadrobić zaległości czytelnicze lub po prostu zwyczajnie włączyć komputer i prześledzić co też takiego ciekawego mają nam do zaoferowania sklepy internetowe.
Można też, tak jak ja, spędzić kilka godzin w szpitalu na SORze.
Można nie oznacza trzeba. Spędzajmy niedziele jak kto woli. Niczego wam nie narzucam. Ja też wolałabym siedzieć z laptopem na kolanach, niż z tyłkiem na szpitalnym krzesełku.
Ale stało się.
Ostatni weekend karnawału zostanie zapamiętany nie z powodu oszałamiającej kreacji, w którą się wcisnęłam (czarna sukienka z koronki, z dekoltem prawie do kolan, na widok którego brunet zapytał „a królewna nie obawia się przeciągów?”), ale z powodu „Dirty Dancing” i latynoskich figur tanecznych.
Przeważnie około północy moim koleżankom (nie pomijając i mojej skromnej osoby) włącza się tryb: zatańczyć umiemy wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, nas nie dogonią.
Jako mały bonusik włączył mi się również tryb nieśmiertelność i postanowiłam wykonać tzw. rybkę czyli podnoszenie. Do figury potrzebne są dwie osoby. Partner trzyma partnerkę nad głową, a ona zastyga udając wałek do ciasta (ja) lub taką nimfę z rozłożonymi rękami (pozostałe chudsze koleżanki).
I niby wszystko byłoby w porządku, gdyby nie incydent z domowej kuchni godzinę przed balem. Zachciało mi się pokazać małoletniemu mężczyźnie jak mamusia pięknie kręci piruety. Trochę za bardzo wczułam się w potrójnego tulupa i uderzyłam ręką w szafkę. Potrzeba pójścia na bal była silniejsza niż przejmowanie się urazem, więc zbagatelizowałam pulsującą kończynę.
Podnoszenie jednak nie wyszło. Wyszłam ja. Na dwór. Stałam w drzwiach opierając ręką o futrynę, gdy brunet uradowany, że będzie udawał Patricka Swayze, trzasnął drzwiami.
Aaaaałć.
Ranek przywitał mnie deszczem i spuchniętą dłonią.
Rozpaczliwie potrzebuję wszystkich członków – taka konkluzja nasunęła mi się rano po tym jak brunet wyszarpał mi połowę włosów z głowy. Biedak chciał mi pomóc związać włosy w kucyk. Zebrał jedną ręką blond loki, a drugą wciskał gumkę zakręcając ją najpierw na dwa razy, potem na trzy. Bałam się, że poniosę kolejny uszczerbek na zdrowiu, a przynajmniej na głowie, podziękowałam „fryzjerowi” i udałam się do szpitala potargana.
Lekarz postawił diagnozę: naciągnięcie ścięgna, stłuczenie, nadwyrężenie czegoś tam.
Zalecenie: bandaż elastyczny, maść przeciwbólowa, przez tydzień pisząc na klawiaturze omijać spację i niektóre literki, albo pisać tylko „palcem posłanki Lichockiej”.
Ciężki tydzień przede mną.
A jak wam mija niedziela?