Pan tu nie stał, a pani jest spóźniona.
Nie wiem skąd i kto w przychodni dowiedział się, że lubię gry towarzyskie.
Na pewno nie mówiłam tego podczas ostatniej wizyty u lekarza rok temu, bo jedyne co mogłam wtedy wykasłać to: „chrypa utrzymuje się od czterech dni, tak mam kaszel, ale nie rozróżniam suchego od mokrego”.
Na pewno nie dowiedzieli się tego od Izki, bo odkąd przegrała ze mną w sobotę w makao, udaje obrażoną (minie jej do następnej gry, jak zwykle).
Inne przyjaciółki też tego nie zdradziły, bo nawet gdyby chciały zatelefonować to dodzwonić się do przychodni na początku tygodnia w sezonie grypowym??? Życzę powodzenia.
Współspacza również nie podejrzewam, bo w ogóle o mnie z nikim nie rozmawia. Jeszcze trzyma go trauma po awanturze sprzed kilku lat, kiedy dowiedziałam się, że opowiada swojej mamie (ze szczegółami) co też u nas słychać. I choć ona mieszka daleko na pewno słychać MNIE było dobrze.
Ale do brzegu: tak, lubię gry towarzyskie. Jestem w nich dobra. Przynajmniej tak myślałam. Do dzisiaj.
W grach karcianych czy planszowych zasady są jasne, proste, nie zmieniają się w trakcie trwania gry. Są przewidywalne.
Ale dzisiaj poległam na grze towarzyskiej zorganizowanej przez przychodnię.
Gra zaczęła się tak: weszłam głównymi drzwiami, zastałam długą kolejkę do rejestracji. Stanęłam na końcu, kiedy podbiegła do mnie osoba siedząca na ławce i bez ostrzeżenia powiedziała: „Pani stoi za mną, a przede mną jest jeszcze jeden pan”. Znam zasady: cofnęłam się o dwa pola.
Nie wiem kto rzucił kostką, ale po dziesięciu minutach przesunęłam się o metr.
Ominęłam jedną pułapkę: donica z palmą na środku korytarza.
Rejestracja była blisko, kiedy zjawiła się KOBIETA-PYTAJNIK: „Tylko zapytam czy są już zapisy do endokrynologa”.
Kobieta podeszła do rejestracji – cała kolejka została zablokowana na 15 minut.
Przesunęłam się jeszcze o 5 pól i trafiłam do okienka.
Uzbierałam za mało punktów, żeby od razu zapisać się do lekarza, wiec musiałam odpowiedzieć na kilka dodatkowych pytań:
-Co pani właściwie jest?
– Wolałabym, aby diagnozę postawił lekarz – odpowiedziałam i odjęto mi jeden punkt za pyskowanie.
-Nie widzi pani, że jest sezon grypowy? Grypowi mają pierwszeństwo.
Znowu odjęto mi punkt – nie byłam grypowa.
– Może gdzieś panią wcisnę na 11.
– Ale to za 3 godziny. Wolałabym zostać przyjęta teraz.
Dostałam dwa punkty za upór.
-Do którego lekarza chce się pani dostać?
-Nie mam preferencji. Wszystko jedno, byle szybko.
Zamigotały światełka nad rejestracją i rozległy się fanfary: wygrałam zapis do lekarza, u którego zawsze są miejsca.
Weszłam na wyższy poziom: krzesełka przed gabinetem.
Za wcześnie się ucieszyłam.
Już po chwili obstąpiły mnie KOBIETY-ZAGADKI:
-Który ma pani numerek?
– Za kim pani jest?
-Na którą godzinę ma pani wizytę? Bo ja mam na wcześniejszą!
-Wyczytują czy wchodzi się według kolejności?
-Jak to nie zna pani swojego numerka? Musi pani ponownie zejść do rejestracji!
Chwyciłam się za głowę prawą ręką (lewą mam nieczynną – pamiętacie wcześniejszy wpis).
Próbowałam coś odpowiedzieć, ale już czułam, że przegrywam. Robiło się coraz tłoczniej, a moje krzesełko z każdym pytaniem oddalało się od gabinetu.
I nagle poczułam chłód – zbliżał się najniebezpieczniejszy gracz, wytrawny niczym najlepsze wino, wyrachowany, opanowany, znający każdą sztuczkę – KOBIETA „JA TYLKO”.
– Ja tylko na chwileczkę, po receptę. – I nie czekając na odpowiedź weszła do gabinetu.
Straciłam kilka punktów i 40 minut. Tyle trwała chwileczka.
Nadeszła moja kolej. Weszłam do gabinetu. Nagroda: skierowanie!
Czyli to nie koniec gry, a przejście na następny poziom.
Powiem jedno – bardzo męcząca ta gra.
Chyba już wolę swoje makao.