Nie chce mi się z tobą gadać.
Ogarnęła mnie niemoc twórcza. Nie mam weny, opadłam z sił. Gapię się w sufit leżąc na katafalku. Nie, nie takim z gromnicami po bokach, ale na modnym, wielkim łożu dwa metry na dwa, czy trzy na pięć. Wiecie – takim przepastnym, że jak na nim zgubisz skarpetkę albo majtki to szukasz pół nocy. A jak chcesz pogadać z osobą wspóleżącą to najpierw musisz się upewnić, że osoba na pewno tam jest, więc albo rozgrzebujesz kołdrę i szukasz na własna rękę albo krzyczysz: „jest tam kto?” Oby się odezwał właściwy głos. Wiadomo łóżka się czasem mylą.
No więc tak leżę i gapię się w sufit i gapię. Na to gapienie wchodzi brunet i mówi: „Wstawiłem wodę. Chcesz coś do picia?”
Chwilę pomyślałam.
-Hmm, nie, dziękuję. Sama sobie zrobię.
Wstałam. Poszłam do kuchni.
Wzięłam wino i kieliszek.