Do trzech razy sztuka.
Najpierw skusiły mnie kolory, piękne – różowe, czerwone, białe, srebrzyste.
Potem zapach – letni, wiosenny, truskawkowo-cytrynowy, malinowy.
Oczy ucieszył kształt.
Serca, serduszka, kuleczki, prostokąty rozpychały się w gablocie jednej z warszawskich cukierni, do której miałam nie zaglądać, bo przecież znowu od jutra przechodzę na kolejną dietę, ale jakoś tak, no wiecie, jakoś tak samo wyszło, że weszłam.
„Pożegnam się chociaż z torcikiem malinowym na spodzie z kruchej bezy. Przecież nie można odchodzić bez pożegnania. To niekulturalne” – dorobiłam teorię i wlazłam.
Maseczka skrywała uśmiech, portfel skrywał ostatnie dwie dychy. Musiały wystarczy. Terminal nieczynny.
Błądziłam wzrokiem po gablocie. Zatrzymałam go dłużej przy torciku i się zaczęło.
– Piękny ten torcik. Może pani kupić dla ukochanego. Torcik w kształcie serduszka ucieszy każdego pana – padło zza lady.
Nie miałam szansy na odpowiedź, bo pani otaksowała mnie wzrokiem i dodała szybko:
– Albo dla mamy niech pani kupi. W sam raz na Dzień Matki taki torcik. Te truskaweczki na wierzchu dodają uroku. Spodobają się.
Ja znowu nic. Rozważałam w myślach różne opcje konsumpcji, a pani zmierzyła mnie z góry do dołu, westchnęła i zrezygnowana podsumowała:
– A właściwie kobiet weź dla siebie. Samej zjeść to żaden wstyd.
Weszłam tylko po torcik a otrzymałam darmową diagnozę psychologiczną. Dowiedziałam się, że nie wyglądam na taką co ma matkę, Współspacza i musi samotnie jeść ciastka.
Następnym razem pójdę do warzywniaka po ogórki kiszone.
Tam się nie pytają „dla kogo” tylko „ile zważyć”!