Prawdziwa miłość
Niby zapowiadał się spokojny, słoneczny dzień, zachęcający do odpoczynku. Ptaszki świrgoliły (czy to okap szumiał???). Bezchmurne niebo zachęcało do delektowania się czystym błękitem. Błogo, przyjemnie, chillout (że niby luzik).
W dość specyficzny sposób udzieliła mi się atmosfera lenistwa, bo prawie zapragnęłam biegać boso po łące w zwiewnej sukni, ale i łąkę skoszono, i sukienki nie mogłam znaleźć, no i zadzwoniła Basia zapowiadając przybycie zacnego grona moich koleżanek w liczbie czterech.
Chcąc nie chcąc wzięłam się za pieczenie. Nie żebym była fanką domowego cukiernictwa, ale ponieważ nieustająco się odchudzam, wczoraj zeżarłam wszystkie ciastka (tak na wszelki wypadek, żeby mnie nie kusiło) i nie miałam czym podjąć szanownego koleżeństwa.
Szarlotkę każdy lubi. Wiadomo.
Zaczęłam czary w kuchni.
Pomimo spokojnej aury za oknem, jakaś taka roztrzęsiona byłam, nic mi nie wychodziło i wszystko leciało z rąk.
Najpierw prawie kichnęłam w mąkę, potem sturlało się jajko i kiedy już rozlałam i rozsypałam wszystko, co można, szarlotka po wyjęciu z piekarnika spadła mi na podłogę.
W tym momencie weszły dziewczyny.
„Nie przejmuj się Kornelia. Tort na osiemnaste urodziny też wsunęłyśmy, pomimo że twoja mama usiadła na nim podczas transportu autem. Prawda?” – uratowała sytuację Basia.
„Szarlotka upadła” została skonsumowana przez gości.
Jak się ma ochotę na słodkie to nie ma znaczenia czy coś leżało wcześniej na podłodze czy ktoś na tym siedział.
I to się nazywa prawdziwa miłość …do ciasta.
Czy jednak łakomstwo?
Oj, nie bądźmy drobiazgowe.
foto: hjl z flickr.com