Wyznanie: należałam do zorganizowanej grupy.
Dostałam zaproszenie, aby przyłączyć się na Facebooku do grupy, która pokaże mi jak pokochać siebie.
Dobrze, że siebie, a nie na przykład sąsiada z trzeciego piętra. Do tej grupy bym się nie zapisała. Nie lubimy się odkąd przyszedł do mnie z awanturą, żądając, abym natychmiast zdjęła pranie z balkonu, bo za trzy godziny będzie tędy przechodzić procesja i blok powinien prezentować się godnie, a moje biustonosze i za przeproszeniem „gacie” to nie są święte relikwie, więc mam nie wystawiać ich na widok publiczny.
Obraziłam się za nazwanie mojej bielizny gaciami. Też coś. Może nie mają mocy uzdrawiających, ale cuda pod ich wpływem się zdarzały.
Ale nie o tym chciałam.
Bardziej z ciekawości, niż z potrzeby serca zapisałam się do grupy kochającej siebie (czy mnie?).
Zuza na delikatną sugestię, że może też by się przyłączyła w myśl zasady „w grupie siła”, tylko prychnęła:
„Kornelia ja kocham siebie tyle lat. Jestem swoim jednoosobowym fan clubem, grupą wsparcia, kierownikiem wycieczki i prezesem życia. Wybacz. Nie lubię przynależeć. Jestem podejrzliwa, kiedy uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta krzyczy: „kochaj siebie, mów do siebie: kocham siebie, masz siłę, dasz radę”. Od razu mam ochotę przejść na drugą stronę by uniknąć spotkania albo narysować kółko na czole.”
Nie powiedziałam Zuzce, że mam za sobą pierwszą lekcję gadania do siebie, konkretnie do odbicia w lustrze: „cześć Kornelia, ale wyglądasz! pięknie! cudo! wyjdź z domu i działaj!”
Wyszłam. Wpadłam w pierwszą kałużę na chodniku. Zamiast patrzeć w lustro, powinnam spojrzeć za okno. Zauważyłabym, że pada.
Chyba nie nadaję się do grupy kobiet kochających siebie. W ogóle chyba taka niezgrupowana raczej jestem.
Żeby jednak pokazać jak bardzo się lubię, kupiłam sobie w prezencie nowe buty z serduszkami i dorzuciłam bukiet róż. A co!
A Wy należycie do jakiejś grupy czy tak jak Zuza ogarniacie życie z szerokim uśmiechem na twarzy bez niczyjego wsparcia?