W życiu do teatru nie pójdę, czyli subiektywne recenzje.

Wczoraj byłam na sztuce. W teatrze. O kulturę wysoką  się otarłam. Śladów po otarciach nie mam, ale bilet posiadam,  mogę zeskanować do pdf-a i tu wrzucić, jakby ktoś nie wierzył.

Byłam. Oczywiście. I zachować się potrafiłam. Co prawda zasnęłam dwadzieścia minut po tym, jak kurtynę podnieśli, ale pamiętam, że bohaterowie szukali miłości. Dosyć długo nie mogli jej znaleźć, co mnie bardzo denerwowało, bo ile można łazić po scenie w tę i we w tę, aż od patrzenia mnie zemdliło i choroba lokomocyjna się odnowiła. Te długie poszukiwania to wina scenografa. Gdyby położył ją na widocznym miejscu, to może akcja by się szybciej rozkręciła, a tak nuda.

Widzowie w pierwszy rzędach też jacyś gamoniowaci. Zamiast bohaterom pomóc, po scenie się rozejrzeć, miłość znaleźć, szepnąć słówko, gdzie leży to nic – gapili się tylko jak sroki w gnat za przeproszeniem i udawali natchnionych i przeżywających sztukę. Pomóc nie mogłam, zajmowałam miejsce w ostatnim rzędzie, który zawsze wybieram, bo tam jest najwięcej miejsca na nogi. Można się porządnie rozłożyć, drzemkę złapać i nie dostać skurczu łydki.

Ja wiem jakie miejsca zajmować, bo ja się na teatrze znam i tym warszawskim i krakowskim, bo do Krakowa też dotarłam.

Kraków mnie rozczarował. Niby tam wszyscy tacy dbający o kulturę, a budynek teatru w ruinie. Od wejścia straszy napis „teatr stary”. To nie jest powód do dumy. Trzeba robić remont, a nie tabliczkę wieszać z ostrzeżeniem. Zdaje się, że na szybie też podobną naklejkę przylepili.  Choć to może nadzór budowlany im kazał ostrzec widzów? Że niby jak im coś w teatrze na głowę spadnie to grosza odszkodowania teatr nie wypłaci, bo ostrzeżenie było w widocznym miejscu i każdy wchodził na własną odpowiedzialność.

Znam ten schemat. Podobnie drogowcy robią z dziurami. Stawiają tabliczkę i jak ci zawieszenie auta na dziurze siądzie to zarząd dróg odpowiedzialności nie ponosi. Ale że świat kultury tę metodę stosuje, to już mnie zniesmaczyło i usiadłam na krześle sznurując i wydymając usta na przemian. Niech ci z Krakowa wiedzą, że środkowa Polska nie zgadza się na takie traktowanie koneserów sztuki.

Musiałam jednak uspokoić nerwy i mimikę, bo na scenie w pierwszym akcie pojawił się bóg nie aktor. Od razu złapaliśmy kontakt wzrokowy i choć zazdrosna Anka mówiła, że jak było ciemno na widowni to on na pewno niczego ze mną nie łapał, ale chyba wiem lepiej co, gdzie i z kim łapię.

Sprawdziłam szybko w internecie dane aktora (choć baba obok syczała, że świecę jej telefonem po oczach. Co za ludzie doprawdy. Uwagę zwraca. W teatrze. Za grosz dobrego wychowania!). Gdy przeczytałam, że nosimy to samo nazwisko, ucieszyłam się, bo po ślubie nie będę musiała zmieniać dowodu.  Podzieliłam się odkryciem z mężem. On ucieszył się mniej.

Na koniec, kiedy obudziły mnie brawa, to się poderwałam i zaczęłam bić mocniej niż wszyscy, bo ja się w teatrze zachować umiem.

Jednak krakowskiego teatru nie polecam. Mają tam mało miejsca na nogi.

A Wy czym kierujecie się wybierając teatr?

Repertuarem czy tak jak ja – komfortem siedzenia?

 

zdjęcie: StockSnap z Pixabay

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *