(Nie)wychowanie

Zdaje sobie sprawę jakie to niewłaściwe, niepedagogiczne i szkodliwe społecznie. Mówię o tym z oburzeniem (dla wzmocnienia przekazu mogę dodać, że ze świętym oburzeniem).

Umówmy się, że opowiadam zasłyszaną na ławce w parku historię i zgodnie z tym, co piszą w mądrych książkach –  z dezaprobatą kręcę głową krzywiąc się:

„Takie matki należy piętnować. To nie WYCHOWANIE a NIEWYCHOWANIE”.

Ponieważ w wychowaniu bierze udział cała rodzina (świadomie czy nieświadomie) zacznijmy od dziadka.

Chociaż mój dziadek to przedwojenny absolwent Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP, talentu do władania pędzlem niestety po nim nie odziedziczyłam. Nawet kredką czy flamastrem. Nie, piórkiem też nie. Uwierzcie: niczym.

Całkiem zgrabnie umiem narysować tylko bezlistne drzewo, grzyba i uśmiechniętą buźkę.

Talent na piątkę przeszedł na mamę. Dlaczego na piątkę? Bo zawsze dostawała najwyższe noty z plastycznych („moich”) prac domowych (tzn. nie z moich tylko tej pani, która snuje opowieść na ławce w parku, a ja wam tylko relacjonuję, wiadomo).

Kiedy należało narysować las (grzyby i drzewa), zgodnie z tym co podałam wyżej, to ja mazałam florę po kartce i zanosiłam do szkoły. Nie myślcie, że kompletnie nie zasługiwałam na piątkę z plastyki, bo podgrzybek wychodził mi wzorcowo, zarówno w ołówku jak i pastelach, więc niech „szkolna inkwizycja” nie biegnie do kuratorium z żądaniem zweryfikowania oceny końcowej z przedmiotu. Mogę narysować niedowiarkom.

Pani Ala raczej wiedziała o tej dziwnej relacji rodzinnej i po prostu pozwalała spełniać się mamie malarsko, zadając mi dodatkowo wypracowania, np. twórczość Matejki na trzy strony papieru podaniowego w kratkę.

Swoim dzieciom nie zamierzałam niczego malować, wycinać, kleić.  Zresztą wiadomo jaka by była ocena.

Naczytałam się książek o mądrym wychowywaniu potomstwa, co artykułowałam głośno zdaniami: „Ja już szkołę skończyłam. To jest twoja praca domowa”. „Nie, nie możesz jutro zostać w domu, nie masz uczulenia na papier kolorowy. Śmiało rób wydzierankę”. „To nie jest ponad twoje możliwości, każdy umie narysować grzyba”.

O ile w moich czasach szkolnych tematy prac były zwyczajne, do wykonania na przerwie jak się zapomniało zrobić w domu, to uwierzcie w XXI wieku nastąpiły kolosalne zmiany. Plastyczka podniosła poprzeczkę tak wysoko, że nawet na uzdolnioną babcię wnuki nie mogły już liczyć.

Kiedy zobaczyłam w zeszycie adnotację: „proszę wykonać pracę  na kartce z bloku technicznego, temat: katastrofa samolotowa (!)”, tylko jęknęłam.

Tu poczułam się usprawiedliwiona, bo temat przerósł wszystkie matki, czego doświadczyłam odbierając telefony od pozostałych plastycznie nieuzdolnionych. Z pomocą przyszła dyrektorka przedszkola, absolwentka ASP (!), która przypadkiem słyszała jak jedna z mam ubierająca w szatni młodsze dziecko, głośno szlochała, że ona  to i owszem nawet Pałac Kultury na drutach wydzierga, ale z katastrofą nie da rady. Dyrektorka doradziła kupno biało-czarnych gazet, narysowanie ołówkiem sylwetki samolotu i wyklejenie jej ścinkami.

W efekcie IV B przyniosła 21 podobnych prac.

To, że ojcowie robią karmniki na zajęcia techniczne to banał. Choć pewien oburzony tata zażądał od nauczycielki wytłumaczenia dlaczego dostał z karmnika 5 z minusem! Co się niby pani tam nie podobało? Nie znam zakończenia tej historii.

Natomiast ja, przez tę wysoko ustawioną poprzeczkę z przedmiotu, „robiłam” raz w plastelinie. Myślicie, że lepiłam ludka? Prawie zgadłyście, tylko, że ludek nazywał się „Dyskobol” i miał być odzwierciedleniem rzeźby Myrona z V wieku p.n.e. Wysokość 30 cm. Dziecko chodziło wtedy do jednej z młodszych klas.

Dzięki pani od plastyki, w pewien sobotni wieczór, sześć matek lepiło dyskobole w dużym pokoju, na środku którego stał stół z mnóstwem opakowań plasteliny i, adekwatnie do trudności zadania, z taką samą ilością czerwonego wina. Za swojego dyskobola, podobnego trochę do wujka Staśka, dostałam 3 plus. Pozostałe oscylowały wokół 4 z minusem a 4, najlepsza z nas dostała 4 plus, ale Agnieszka miała za sobą epizod artystyczny choć nie w plastelinie, a farbie tzn. malowała plakaty z gołębiami na pochody pierwszomajowe.

Lepiąc „Dyskobola” obiecałam sobie, że będę asertywna. Nie dam się. To jest ostatnia praca. Niech się wali i pali więcej w odrabianie prac nie dam się wkręcić.

I byłam asertywna. Naprawdę. Do momentu, kiedy o 22:30 pewien zaspany maluch nie pociągnął mnie za rękaw i nie jęknął: „Mamo zapomniałem, że na jutro trzeba pokolorować Matkę Boską w zeszycie do religii”.

Asertywność zero.

Matka Boska pokolorowana.

 

 

Halo, halo, jest tu ktoś, czy tylko ja jedna taka nieasertywna?

Nie bójcie się, nikomu nie powiem.

 

zdjęcie: DarkWorkx z pixabay

 

 

 

 

 

2 komentarze

  • M.

    Bardzo dobry wpis. Dziękuję.

    Jakie są pomysły na walkę z tego typu „zagraniami” w szkole?

    Staramy się wychowywać dziecko w kulturze pracy – własnej pracy. Wszak w życiu nikt nie wykona tej pracy za nie…

    Tylko „czułki” opadają jak się widzi zeszyt wyraźnie wypełniony ręką dorosłego pokazywany jako przykład idealnego zeszytu… Jak to dziecku wytłumaczyć…? A to dopiero 1 klasa… 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *