Ku przestrodze. Kolejna historia prawie kryminalna.
Wracając rano ze sklepu z naręczem kopru, nie przeczuwała jak tragicznie zakończy się ten dzień.
Tak jak w każdą sobotę wstała, wypiła kawę i wyszła z domu. Postronnego obserwatora jej życia, zdziwiłoby tylko to, że akurat w tę sobotę wyszła z domu godzinę wcześniej niż zwykle.
Rodzina znała powód: Zuza planowała robienie przetworów z ogórków.
To była praca zespołowa: matka przetrząsała garaż w poszukiwaniu słoików, za dobór nakrętek odpowiedzialnymi zostali córka i zięć. Mąż dostał zadanie „zdobyć chrzan” – niby proste, a jednak. Nie chodziło jej o byle jaki chrzan z pierwszego lepszego warzywniaka. Chrzan miał być ekologiczny, z ogródka oddalonego od skupisk ludzkich i samochodów o co najmniej dziewięć kilometrów.
Ale najtrudniejsze zadanie – wybór właściwych ogórków – zostawiła dla siebie.
Poszła na rynek o piątej trzydzieści. O tej porze w sobotę ludzie jeszcze śpią, ale nie ona. Nie Zuza.
Skierowała się do miejsca, w którym stali sprzedawcy ogórków. Pytając o cenę, nie spuszczała wzroku z odpowiadających. Nieświadomi niczego rolnicy rzucali kwoty szybko, od niechcenia. Wtedy nagle padało drugie i trzecie pytanie: Pryskane? Sypane?
Nie! – odpowiadał każdy, ale ona wiedziała, znała te zagrywki. Nie pierwszy raz kupowała ogórki! Jeśli rolnik nie patrzył jej w oczy – kłamał. Jeśli odpowiedział za szybko – kłamał.
Raz tylko dała się oszukać. W 2005 . Ale miała wtedy katar i źle się czuła. Jeden jedyny raz spuściła oko z rolnika zadając mu pytanie: jak daleko od szosy ma pan pole? Wtedy kichnęła. Nie usłyszała dobrze odpowiedzi. I to był ten jeden jedyny raz, kiedy ogórki nie wyszły. Popsuły się. Rolnik skłamał, a ona tego nie wychwyciła.
Piąta trzydzieści. Rynek. Niewiele osób kupujących, dużo sprzedających. Jeszcze pół godziny i zjawią się inne panie, które też planują robienie przetworów. Nie spieszyła się. Zdąży. Wystarczy jej pół godziny, żeby rozpracować każdego ze stojących rzędem sprzedawców: Sypane? Pryskane? Jaka odmiana? – padały pytania niczym seria z karabinu maszynowego.
Uważnie notowała każdą odpowiedź. Pół godziny wystarczyło: już wiedziała.
Dwadzieścia pięć kilogramów ogórków wylądowało w aucie, by po kilku minutach znaleźć się w kuchni.
Przepisu nie zdradzała nikomu. Strzegła tajemnicy.
Miała już wszystko czego potrzebowała.
Nie pierwszy raz robiła przetwory, ale pierwszy raz trwało to zbyt długo. Może dlatego, że była zmęczona? Może dlatego, że kupiła za dużo ogórków? A może dlatego, że nie lubiła jak ktoś kręcił się w jej kuchni i wolała wszystko robić sama?
Kiedy odstawiała ostatni słoik, zegar wybił północ.
Zgasiła światło i żeby nikomu nie przeszkadzać, zaczęła się przemieszczać w stronę sypialni.
Pamiętała ile kopru włożyć do każdego słoika. Pamiętała ile trzeba dać chrzanu. Pamiętała o czosnku, pieprzu i soli. Zapomniała o jednym: że tego dnia mąż kupił nowy chodniczek i położył go w progu sypialni.
Za śliska podłoga, za śliskie klapki, a może źle postawiła stopę? Poczuła jak chodnik usuwa jej się spod nóg. Nie miała się czego chwycić. Próbując złapać równowagę uderzyła nosem w nocny stolik. Brzęk tłuczonego szkła obudził męża. Lampka nocna roztrzaskała się o podłogę.
Pojechali na pogotowie.
Diagnoza lekarza była krótka i wypowiedziana szybko, niczym jej pytania do sprzedawców ogórków: „Rozcięty łuk brwiowy. Trzeba szyć.”
Kiedy zakładano kolejny szew, Zuza zadała pytanie, od którego mąż zadrżał:
„Panie doktorze, proszę mnie nie oszczędzać, proszę powiedzieć mi prawdę: czy będę mogła jeszcze w tym roku zrobić przeciery pomidorowe?”
Lekarz odradził. Mąż odetchnął z ulgą.
………………………………………………………………………………………………………….
Dlatego nie robię przetworów. To niebezpieczne zajęcie. Nie dla każdego.
Kobiety, uważajcie na siebie! Sezon na przetwory trwa!
cd tutaj
na zdjęciu: kobieta przetworami nieskalana, ale z całymi łukami brwiowymi 🙂