Matura, matura i po maturze, czyli nie zawsze wciśniesz się w sukienkę ze studniówki

Przyszedł maj, a wraz z nim matury. Pewnie maturzyści myślą, że nie ma nic gorszego niż zbliżający się termin egzaminu z polskiego, historii czy (nie daj Bóg) z matmy.

O nieświadomi niczego abiturienci szkół średnich! Już niedługo dowiecie się, że równie ciężko i długo będziecie przygotowywać się do…zjazdu z okazji – lecia matury. Będzie to o wiele bardziej traumatyczne przeżycie, niż wkuwanie zawiłych wzorów, równań czy też  obszaru występowania parzystokopytnych w Polsce i na świecie.

Na hasło „-lecie matury” wśród dziewczyn wybierających się na spotkanie ze szkolnymi „przyjaciółmi” rozpoczyna się jakiś dziwny taniec, niczym taniec godowy, jednak nie kończący się prokreacją, a wykreowaniem wizerunku kogoś innego, lepszego niż się w rzeczywistości jest. Chcą pokazać wszystkim wokół, że im się w życiu udało, spełniły sny, a taksówką podjechały tylko dlatego, że nie mogły się zdecydować, które auto wziąć z garażu: Maserati czy Bugatii.

Rok wcześniej zakreślają na czerwono, w kalendarzu ściennym, datę zjazdu i już od roku trwa odchudzanie, wygładzanie, odsysanie, naciąganie. Bardziej zdesperowane szukają w Paryżu czy Mediolanie stylizacji, od których inne koleżanki dostaną spazmów, histerii lub choćby nerwowego tiku oka (dla dobrego samopoczucia wystarczy tik koleżanki w jednym oku, choć szczytem szczęścia będzie tik obuoczny).

Wszystkie zmarszczki zostały zliczone, skatalogowane, podzielone na klasy:

– bez lasera ani rusz;

– da się zniwelować koreańskim kremem z jaskółczych gniazd, ze śliny szczęśliwego ślimaka lub jadu żmii;

-wystarczy się nie uśmiechać, będzie mniej widać.

Salony kosmetyczne w mieście, województwie, ba…w kosmosie (a co się ograniczać?) biorące udział w akcji: „-lecie”  zakupiły kilogramy kwasu hialuronowego, kilometry złotych nici i beczki wosku do depilacji. Wszystko po to, aby dawna abiturientka wyglądała jak marzenie, a przynajmniej lepiej niż Aśka z równoległej klasy, ta która odbiła chłopaka na studniówce. Czasy zamierzchłe, ale pamiętamy.

Na wszelki wypadek wciąga się w akcję także kościół. Nie zaszkodzi pomodlić się, dać na tacę pięć złotych, zamiast coniedzielnej złotówki. Może Aśce wyskoczy pryszcz?

Zaczyna się wielkie odliczanie: 3…2…1

Co widać na takich spotkaniach? Koleżanki bez uśmiechu (ukrywające lekkie zmarszczki), sfrustrowane tym, że Aśka ma nadal świetną figurę, Anka trzeciego męża (każdego bogatszego od poprzednika), a Magda pracuje w NASA i nie może zostać do końca zjazdu, bo za pół godziny leci rakietą na Księżyc.

Nie pomogło roczne głodzenie się, odstawienie węglowodanów, glutenu, białka i żywienie się prawie wyłącznie wodą. Widać niedoskonałości sylwetki. Humor psuje świadomość, że za tę kieckę od projektanta trzeba będzie jeszcze wiele miesięcy spłacać raty.

Ze spotkania towarzyskiego robi się targowisko próżności, festiwal przechwałek i nieprawdziwych opowieści dziwnej treści.

Moje zjazdy wyglądają inaczej. Może dlatego, że spotykamy się ciągle i mimo upływu lat nadal nie mamy siebie dosyć. Może dlatego, że mieszkałyśmy ze sobą w internacie cztery lata (kiedyś WAM opowiem) i znamy się jak łyse konie. Miałyśmy czas, żeby poznać wszystkie swoje wady i zalety, żeby się pokłócić i pogodzić, dorosnąć.

Moja klasa przed każdym zjazdem daje wolne fryzjerkom, makijażystkom, dietetyczkom, stylistkom i całemu „sztabowi od liftingów”. Nie potrzebujemy udawać innych, czytaj: lepszych. Cieszymy się sobą. Gadamy bez końca. Nie obchodzi nas czym się zajmuje mąż jednej czy drugiej, jak wysokie ma stanowisko i czy znajduje się w dziesiątce najbogatszych ludzi świata. Siadamy w szkolnym parku i wspominamy jak grabiłyśmy w nim liście, jak przygotowywałyśmy szkolne przedstawienia, jak uciekły z akwarium hodowane przez biolożkę patyczaki  i jak w drugiej klasie pół szkoły się rozchorowało na grypę żołądkową, co pani Marlena od angielskiego skwitowała pogardliwie: choroba starych panień i uczennic tej szkoły.

Nie generalizuję. Są na pewno zjazdy, gdzie zamiast obcinać spojrzeniami koleżanki, rzucacie się sobie na szyję. Nie mam wątpliwości. Największe przyjaźnie rodzą się w liceum – jak mawiała moja wychowawczyni.

Ale jeśli nie jedziecie na zjazd z radością, to zastanówcie się, czy warto tracić czas. A może zamiast w kreację od projektanta, zainwestować w dobry leżak i wystawić go na balkonie, w ogrodzie, gdzie tam macie miejsce i zamiast towarzyskiej chandry złapać …majową opaleniznę? Nie lepiej?

Oczywiście, że można założyć gorset-zbroję i spróbować wcisnąć się w sukienkę ze studniówki, ale po co?

To ostatnio moje ulubione pytanie: PO CO?

Jeśli nie znajdziesz sensownej odpowiedzi – kup leżak.

 

photo by Istvan from flickr.com

 

 

 

 

 

 

3 komentarze

  • Weronika

    Chociaż to o czym piszesz jest bardzo prawdopodobnym i pewnie częstym zjawiskiem, to myślę że moje spotkania pomaturalne będą całkiem zwyczajne. Wszyscy raczej się lubią i dobrze znają w mniejszych grupach, które utworzyły się przez te trzy lata. A wczorajsza matura z polskiego to jakiś nieśmieszny żart ;P
    Dobrze że dzisiaj matematyka to można odpocząć 😀

  • Izabela

    Chciałaby Kornelio zobaczyć nas wszystkie w granatowym mundurki . Każda jest taka sama. I chyba o to chodzi. Mamy te same problemy te same porażki i przede wszystkim MAMY SIEBIE.
    Leżak schowałam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *