Komu choć raz nie wyszedł zakalec, niech pierwszy rzuci jajkiem, dwiema szklankami mąki i połową kostki margaryny! Cukrem według uznania.
Ciocia Sabina uwielbia piec. Każde jej imieniny to uczta podniebienia, pieszczenie zmysłów lub tylko kubków smakowych.
Talent kulinarny został doceniony przez jednego z gości, który zajadając się sernikiem pochwalił: „Saaabinaaaa! Pycha ten sernik! Jest taki dobry, prawie tak dobry jak ze sklepu!”
Celowo nie podałam imienia wujka/gościa. Nie znęcajmy się już nad nim. Mina ciotki pewnie śni mu się po nocach.
Przypomniałam sobie tę rodzinną historię, kiedy inna ciocia poczęstowana przeze mnie szarlotką skomentowała: „Zakalec ci kochana wyszedł”. Może i wyszedł, ale czy na pewno zaraz trzeba wyciągać zakalec na światło dzienne? Niech sobie spokojnie leży na dnie ciasta.
Po południu piekłam drugą. Zostawiłam ciasto w piekarniku pod opieką nastoletniej osoby z prośbą o wyłączenie jak zacznie pikać.
Wyłączył, oczywiście. Ale tylko pikanie. Szarlotka piekła się nadal. Przez dwie godziny.
Po powrocie do domu, wyjęłam z piecyka szarlotkopodobny wiór. Moja wina, nie doprecyzowałam polecenia: sygnał dźwiękowy przecież wyłączył.
Patrzę na dzieło i słyszę: „Nie martw się, i to się zje, ale zobacz… przynajmniej zakalca nie ma.”
Jaki morał z tej historii?
Każdą porażkę można przekuć w sukces: w moim cieście nie było zakalca, a ciocia Sabina na każde imieniny dostaje od wujka coraz większy bukiet kwiatów.
Obstawiamy w rodzinie czy w tym roku kwiaty zmieszczą się w drzwiach.