Rower, czyli nikt mnie nie szukał
Marzyłam o rowerze. Mój brunet łaskawie poszedł ze mną do sklepu, aby doradzić, zarekomendować, zaakceptować lub nie, mój wybór. „Ten weź” – wskazał palcem na rower z koszyczkiem z przodu, z koszyczkiem z tyłu – „Mocny. Solidny. Stabilny. Będziesz miała w sam raz na zakupy na ryneczku”. Na zakupy? Na ryneczku? Szukam roweru, którym będę gnać ścieżką rowerową wzdłuż morza, po leśnych ostępach lub zboczami gór! Którym będę się ścigać czując wiatr we włosach! Ryneczek? Też coś. Wyszłam ze sklepu z biało-błękitnym modelem sportowym i kolejnym męskim fochem. Jemu przejdzie, a ja mam to, o czym marzyłam.
Nowy zakup stał na balkonie przypięty łańcuchem do balustrady. Nie zniosę go przecież do piwnicy. Na pewno ukradną. Zaplanowałam przejażdżkę na najbliższy poranek. Dobrze się składa: brunet zamierzał malować pokój, a wiadomo kobieta kręcąca się po „planie malarskim” tylko przeszkadza, więc ku obopólnej radości, umknęłam do lasu. Pogoda marzenie. Szum lasu, słońce w twarz, wiatr we włosach. Nikt nie zrzędzi, nikt nie zawraca głowy. Tylko ja i przyroda. Śpiewam głośno i tak nikt nie słyszy. Wydzieram się: „stoookrootka rooosła poooolna”. Jadę borem, lasem, gdy nagle – ściana. Droga się skończyła. Rozglądam się. Wszędzie drzewa (dziwne prawda?). Wrócić nie umiem, bo kluczyłam, skręcałam w lewo, w prawo, po skosie, góra, dół. Nie powtórzę tych manewrów. Sprawdzę w telefonie gdzie jestem. Wyciągam z kieszeni – czarny ekran! Rozładował się. Sytuacja niewesoła. Żywego ducha. Słyszę tylko, jak coś w krzakach szeleści. Czuję mrowienie na plecach. Na pewno to wilk, dzik, albo zboczeniec. Zaraz mnie zaatakuje, pozbawi czci i godności! Uciekać! Zapuściłam się pomiędzy drzewa i ciągnąc rower, klęłam pod nosem na czym świat stoi. Zachciało mi się wycieczek! Pięknie! Zapadnie noc, nikt mnie nie znajdzie i umrę w tym lesie. Ciała nie znajdą, a na moim grobie napiszą: „ta, co się na rower wypuściła!” – koniecznie kursywą. Jak światełko w tunelu pojawiła się tabliczka: „droga pożarowa nr 5”. Droga – dużo powiedziane – nieubity, czarny piach, na którym blokowały się koła i z którego kurz wciskał mi się do oczu, do gardła i w różne części garderoby. Testamentu nie spisałam. Nie wiedziałam, że przed wycieczką rowerową należy udać się do notariusza. Mój błąd. Nagle widzę w oddali pierwsze budynki i idących w moją stronę dwóch wędkarzy. Umazana, potargana, spocona podchodzę do wybawicieli i pytam: „Proszę mi powiedzieć, w którą stronę mam jechać, aby dostać się do miasta.” Jeden z wędkarzy roześmiał się: „Pani, a gdzie tu miasto? Pani jest trzydzieści kilometrów od miasta”. Opadły mi ręce, szczęka, posypał się ze mnie kurz. Po wielogodzinnym pedałowaniu, zmęczona i głodna wchodzę do domu i słyszę: „Już jesteś? Szybko wróciłaś. Zrobisz coś do jedzenia?”
„Chętnie – szepczę jadowicie – Nazbierałam kosz muchomorków”.