Komplementy, komplemenciki, miłe słówka.
Komplementy trzeba zbierać, przechowywać, konserwować, wyciągać je w chwilach zwątpienia, załamania lub lekkiego dołka. Dawkować niczym lekarstwo, brać troszeczkę, na czubek łyżeczki. Delektować się nimi.
Mężczyźni, wiadomo, nie rzucają komplementami na prawo i lewo. No chyba, że trafi się akurat osobnik sypiący jak z rękawa: „ładne buty”, „ta zupa to poezja, nikt nie gotuje tak dobrze” lub „świetnie się trzymasz jak na swoje lata”.
Nie jestem kobietą zbyt często komplementowaną. W podstawówce słyszałam kilka miłych zdań. Nie za dużo. O, na przykład Paweł: „Kornelia świetnie tańczysz. Czy ta ładna koleżanka, z którą przyszłaś też lubi tańczyć? Poznasz nas?”
Często komplementowała mnie mama: „Kornelia tylko ty potrafisz zrobić taki bałagan w pokoju”.
W miarę upływu lat, przerwy pomiędzy jednym a drugim komplementem stawały się coraz dłuższe. Zauważyłam komplementową tendencję spadkową.
Ostatnio (jakieś cztery lata temu) kolega trener personalny rzucił na siłowni: „Kornelia jak staniesz pod światło to optycznie wyglądasz lepiej”. Wzięłam sobie tę miłą uwagę do serca i jeśli w pobliżu znajdowało się źródło światła, bez różnicy czy to kamera czy żyrandol, natychmiast ustawiałam się w sposób pokazujący mnie w lepszej optyce. Gdy tylko ktoś zapalał światło, myk – już stałam obok. Po pierwszym wysokim rachunku za elektryczność, dostałam od domowników zakaz stawania pod, przed czy za światłem. „Nie idź w stronę światła” nabrało nowego znaczenia.
Najnowszy komplement wycelował we mnie fizjoterapeuta na Kaszubach. Gdy po wysiłku fizycznym zaniosłam do gabinetu zbolałe ciało usłyszałam: „Musi tu pani jeszcze przyjechać, bo tak pięknego piersiowego odcinka kręgosłupa dawno nie widziałem”.
Darowanym komplementom w słowa się nie zagląda. Wzięłam i ten i cieszyłam się jak koń z owsa. Dostałam takiej werwy, że góry mogłam przenosić. Chwała Bogu nie spędzałam wakacji w Tatrach, bo jeszcze bym chciała organoleptycznie sprawdzić swą siłę, łapiąc się za Rysy. Dopiero by mnie w telewizji pokazali z podpisem „Grażyna na wakacjach bierze się z górami za bary”.
Kolejne ciepłe słowa padły z tych samych ust również następnego dnia: „Miło się panią masuje, bo chude to sama skóra i kości, a pani jest taka przyjemna”. Przyjęłam i ten komplement. O już widzę wasz uśmieszek, a trzeba ludziom wierzyć. Taki wykształcony fizjoterapeuta na pewno wie co mówi i na pewno mówi prawdę! Nie wiem jakie komplementy lubicie, ale ja biorę każde i celebruję je, zachowuję, odkurzam, przyglądam się – traktuję jak członków rodziny.
Dzięki komplementowi rzuconemu przez trenera schudłam trzy kilogramy w tydzień. Sprawdzałam na wadze. Może to jest jakiś sposób na pozbycie się nadbagażu? Może nie trzeba wykupować połowy apteki? Może odkryłam to, czego szukają naukowcy? Zróbmy badania. Zważcie się rano i zapiszcie wynik. Zapisujcie też liczbę komplementów. Sprawdźmy czy istnieje zależność. Katujecie się, odmawiacie słodkości, a może wystarczy dobrze wcelowany komplement?
Lubię komplementy od mężczyzn z otoczenia bliższego lub dalszego. Obojętna jest mi pora dnia i roku. Komplement wycelowany we mnie rano ma moc porównywalną do dwóch szklanek wody z cytryną, czyli stawia na nogi od razu po użyciu. Ma zbawienny wpływ na ilość endorfin. Komplement potrafi się umościć w ciele i duszy, ugościć, zapaść tak, że nie zauważam bólu istnienia czy po prostu gorszego dnia. Miłe słowo ma moc.
Nie zgadzam się z powiedzeniem „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Mężczyzno głośno rzucaj w kobietę komplementami! Jeśli zapyta co jest w niej wyjątkowego, a ty zamilkniesz, nie wróżę długiego związku.
Pamiętajmy o bardzo ważnej rzeczy: komplementy mają swoją trwałość. Nieprawda, że poniedziałkowy komplement wystarczy do piątku. Absolutnie nie. Terminy przydatności są różne w zależności od kategorii czy wagi komplementu.
Nie warto chwalić się komplementami rzuconymi w naszą stronę lata temu. Same przyznacie, że zdanie „uroczo wyglądasz bez jedynki z przodu” pasuje do 6-latki, jednak rzucone w stronę 60-latki może odnieść skutek odwrotny do zamierzonego i nie spotkać się ze zbyt dobrym przyjęciem.
I kolejna pułapka – nie wszystkie słowa można uznać za komplement. Dobrze, gdy zorientujemy się na czas, gorzej jeśli żyjemy w nieświadomości. W gąszczu zdań, podtekstów i kontekstów łatwo się pogubić. Leżąc na plaży wśród innych koleżanek kolonistek, usłyszałam jako nastolatka: „tej to postawić talerz zupy i się nie wyleje”. Jako naiwne dziewczę nosiłam w sobie długo przekonanie, że w ten sposób podziwiano mój wzorcowo płaski brzuszek. Niestety kilka lat później zostałam uświadomiona przez koleżanki, że chłopcom chodziło o wypełnienie mojego biustonosza, a właściwie o jego brak. No trudno. To wspomnienie wyrzucam z pamięci. Zresztą komplement zdezaktualizował się zarówno w odniesieniu do płaskiego brzuszka jak i rozmiaru miseczki.
Najnowszy komplement dostałam od lekarza. Na moje jęczenia, że spuchły mi kostki, wzruszył ramionami i powiedział: „taka już pani uroda”.
Ucieszyłam się. Czyżby potwierdził, że urodziwa ze mnie kobieta? Zarumieniłam się,
Komplementy mają moc.
Jeden Komentarz
Lena
Zawsze to komplement;).