Miłość w czasach pandemii

Siedzę na kanapie z laptopem na kolanach, przeglądam modowe strony internetowe, zajadam truskawki. Pralka alarmuje, że można już wyjąć z niej pranie, ale każdy udaje głuchego.

Brunet dłubie w expresie do kawy. Wykręca śrubki, śrubeczki i inne elementy urządzenia układając je na stole i  deklamując cicho poezję pandemiczną. Strofy o „zarazie” i „żeby to cholera wzięła” brzmią raz ciszej, raz głośniej, z właściwą intonacją.

Ot zwykły covidowy dzień.

-Kochasz mnie? – pada z sofy.

– Ta – odpowiada domowy Adam Słodowy znad expresu do kawy.

– Bardzo? – dopytuję.

– Ta – konwersacja wznosi się na wyżyny.

– A gdybyś to miał wyrazić kwotowo?

– Nie ma takiej kwoty – zapewnia Brunet, przyglądając się wężykowi, chyba od spieniacza do mleka. Równie dobrze może to być zbędna część. Jeszcze się waha – wyrzucić do kosza czy zostawić.

– Ale jakby cię Niemcy gonili i musiałbyś podać kwotę, bo od tego zależałoby twoje życie – nie daję się zbyć.

– To zginąłbym niechybnie, bo jak powiedziałem wcześniej, taka kwota nie istnieje – zapewnia Brunet.

– Czyli gdybym poprosiła żebyś wyraził miłość sukienką za 419 złotych od Kasi Tusk, to by się ta kwota w twojej kwocie zmieściła?

– Chyba nie czujesz się najlepiej – zdiagnozował mnie szybko Brunet, wyrzucając wężyk do kosza.

Westchnęłam. Takie mam ciężkie życie moje drogie: ani działającego expresu ani sukienki od Kasi Tusk.

„I tak głębokie uczucie rozbiło się na rafie czterystu dziewiętnastu złotych” – padło z sofy z właściwą intonacją.

Ja też umiem deklamować wiersze.

A jak tam u Was z uczuciem?

Do jakiej kwoty pada zdanko „kup sobie kochanie”, a od jakiej pada diagnoza: zwariowałaś kobieto!

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *