Użalam się nad losem, a Monika wcina batoniki.

W pierwszej klasie liceum nie lubiłam swojej szkoły. Przyjeżdżałam do domu na jeden weekend w miesiącu i kiedy ojciec odwoził mnie w niedzielę wieczorem do internatu, płakałam całą drogę. To samo uczucie towarzyszy mi codziennie w drodze do pracy. Co prawda jestem za duża na płacz, ale gardło mam ściśnięte tak, jak w licealnych czasach. Nie lubię swojej pracy.

W biurze ten sam schemat od lat: przychodzę pierwsza, włączam komputer, nalewam świeżej wody do czajnika, włączam radio, sprawdzam służbową pocztę. Dziewczyny przychodzą w ciągu kolejnych 30 minut. Zaczyna się dzień pracy, zaczynają się luźne rozmowy: o mężczyznach i ich mankamentach, o planach wakacyjnych lub tylko weekendowych,  o osiągnięciach dzieci, o zdrowiu, o tym, że z księgowością nie da się niczego załatwić, no i po ile ( i czy w ogóle) składamy się na prezent dla odchodzącego na emeryturę kolegi z innego biura. Papiery na biurku topnieją lub rosną w miarę upływu godzin. Odzywam się, przytakuję, wyrażam opinie, ale tak naprawdę nie uczestniczę w życiu biura. Czuję, że tam nie pasuję. Prawdziwe życie zaczyna się w momencie, w którym biorę sweter z wieszaka i stamtąd wychodzę. Chwilę stoję na zewnątrz i zamykając oczy wystawiam twarz do słońca, jakbym dopiero teraz mówiła światu dzień dobry. Czasami włączam muzykę w słuchawkach  i odcinam się od otoczenia, ale częściej wyłączam komórkę i rozglądając się sprawdzam, co ma mi dzisiaj do zaoferowania  miasto:

– kłócąca się para na chodniku –  ona odchodzi, on chwilę stoi, a potem biegnie za nią i idą obok siebie w milczeniu. Gubię ich z oczu,

– na krzesełku przy chodniku siedzi, jak co dzień, sprzedawca kwiatów. Nie kupuję ciętych, lubię tylko te w doniczkach,

– przy przejściu dla pieszych zatrzymuje się auto, jakiś facet mnie przepuszcza, uśmiecha się (zastanawiam się chwilę, czy nie wariat),

Nie pada, a uwielbiam deszcz. Rozkładam wtedy parasolkę przywiezioną z Wenecji i udaję, że jestem kimś innym w innym miejscu.

Monia słucha moich wynurzeń zajadając batonik bez laktozy, bez fruktozy, bez glutenu (właściwie to chyba je sam papier) i mówi:

– Zmień pracę, albo zacznij robić coś dodatkowego. Coś, co lubisz. Kornelia jest dwudziesty pierwszy wiek. Kobiety mogą wszystko. Wiesz jaka jesteś? Zdolna, mądra, inteligentna, ale słabo wierząca w swoje siły, nieufna, bojaźliwa. Mówić dalej? Taka trochę „i chciałabym i boję się”. Przestań się dołować i szukaj tego, co przyniosłoby ci radość.

– Wiem, co chcę robić. Chcę pisać. Chcę budzić się rano z nowym pomysłem i pisać, pisać, pisać. I żeby jeszcze codziennie świeciło słońce, a liczba czytelników rosła w siłę. Ale tak się nie da. Kredyt trzyma mnie w pracy, bo rachunki płacić trzeba, a z pomysłami na pisanie jest różnie.

– Gośka cały czas szuka swojego miejsca w życiu z lepszym lub gorszym skutkiem, ale szuka, a ty? Jęczysz, narzekasz i wiecznie się zastanawiasz – Monia skończyła batonika (wypluła papier czy nie? Nie zauważyłam). – W pracy spędzamy jedną trzecią życia. Czasem warto zaryzykować.

– Zaryzykować – westchnęłam.

Zaczęłam pisać. Wypuściłam słowa na świat. Sprawdzam czy oprócz mnie ktoś czyta.

I nie płaczę już w drodze do pracy. Mam cel.

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *