Miłość ma ograniczenia. Przynajmniej terytorialne.
Często się spóźniam. Nie dlatego, że mam takie hobby, ale dlatego, że muszę połączyć ze sobą różne środki lokomocji i nagiąć czasoprzestrzeń, żeby wszystko spiąć. Jak wpadnę do tramwaju o 16:05, to zdążę na autobus o 16:50, co pozwoli mi prawie w ostatniej chwili szarpnąć za drzwi pociągu o 17:20. Choćby minuta obsunięcia powoduje, że widzę tylne światła pociągu i stoję na peronie jak ta… gapa. Przypominają mi się wtedy słowa profesora od postępowania administracyjnego: „Pani Kornelio, nie ma znaczenia, czy spóźni się pani na pociąg minutę czy godzinę. W oby przypadkach i tak pani nie pojedzie. To samo dotyczy terminów administracyjnych – spóźni się pani dzień – uchybiła pani terminowi”. O ile w urzędzie można zalać się łzami i wzruszyć urzędnika, żeby wzruszył termin, to w przypadku PKP ta zasada nie działa.
Spóźnienie się na pociąg stanowi ogromne obciążenie nie tylko dla mojej psychiki (łatwo wpadam w rozpacz), ale również budżetu domowego. Ponieważ następny pojazd mam za godzinę to gdzie najlepiej spędzić otrzymany wolny czas? W galerii handlowej! Obowiązkowo trzeba zrobić rundę po sklepach, niekoniecznie opierając się pokusie kupienia kolejnej bluzki, szminki, torebki czy pozostałego babskiego asortymentu, który skrzętnie upycham na dnie szafy, aby uniknąć pytania bruneta: „Nie masz już takich dwóch torebek?” Mężczyzna nie zrozumie, że czarna torebka nierówna czarnej torebce. A pytanie kobiety, czy nie ma już czegoś podobnego, świadczy tylko o nieszczerej intencji pytającego. Ile byśmy nie miały i tak zawsze mamy za mało! To chyba logiczne?!
Nie patrzę na tablicę informacyjną wiszącą na peronie, aby sprawdzić z którego peronu odjeżdża mój pociąg. Wiem to doskonale. Codziennie od kilku lat, biegnę na ten sam peron – numer trzy. W piątek w ostatnim momencie udało mi się wskoczyć do pociągu. Nie zdziwiłam się, że coś mało ludzi jak na tę godzinę. I nie zaintrygował mnie wystrój przedziałów, jakoś nie w tym kolorze co zawsze. Może podstawiono inny skład? Zdarza się. Zadowolona, że mam miejsce siedzące, wyciągam książkę z torby i zatapiam się w fabule. Sprawdzam jak pisze konkurencja.
Po chwili podnoszę wzrok, rozglądam się po twarzach współpasażerów i coś mnie zaczyna niepokoić. Nie znam tych twarzy. Jak się dojeżdża tyle lat, to zestaw osobowy towarzyszy doli w drodze do i z pracy jest mnie więcej niezmienny. A tu jakieś obce twarze. Wchodzi konduktor. Bezrefleksyjnie omiata wzrokiem mój bilet. Chyba wszystko ok.
Nagle chłopak siedzący naprzeciwko pyta konduktora: „Nie wie pan, czy zdążę na przesiadkę w miejscowości X do Y?”
„Cudak – myślę sobie – zmierza przecież w zupełnie innym kierunku. Ale może jedzie na wycieczkę okrężną drogą, kto wie?
Patrzę przez okno, a tu miga napis „XYZ”. Okazało się, że na wycieczkę to jadę ja, a nie on.
Wpadłam do jakiegoś opóźnionego pociągu i stąd niespodzianka: wycieczka krajoznawcza po Mazowszu.
Pytam z drżeniem w głosie o najbliższą stację. Okazuje się, że 50 km od mojego miasta.
Dzwonię do swojego bruneta, choć wiem, że najpierw wysłucham jaka to jestem nieuważna, jaka nieodpowiedzialna, ile razy mi mówił, że mam patrzeć, do którego pociągu wsiadam. Kończąc rozmowę ostrzegł, że gdyby pociąg zatrzymywał się choćby 5 km dalej, to on by już po mnie nie wyjechał.
Mogłam zadzwonić do Izki. Przyjechałaby bez gadania i jeszcze przywiozła kanapkę i termos z herbatą. Mam nauczkę.
Uświadomiłam sobie, że miłość ma ograniczenia, w naszym przypadku: terytorialnie. Ma zasięg do 50 km od miejsca zamieszkania.
Kupię jutro duży cyrkiel, wbiję w podłogę w salonie i zatoczę koło o odpowiednio dużym promieniu.
Sprawdzę, gdzie mam szukać kolejnego bruneta.
Na wszelki wypadek.
Gdybym pojechała całkiem za daleko.