Jak złapać milionera, czyli schody, schody, schody.
Dobrze mieć piękne życie. Mucha rozpłaszczona kapciem na szybie powiedziałaby, że dobrze jest mieć jakiekolwiek życie, ale nie o muchę tu idzie.
Co to znaczy piękne żyć? Miałam kiedyś taki pomysł na siebie, że wyjdę za mąż za milionera (amerykańskiego oczywiście), takiego jedną nogą nad grobem (na wszelki wypadek), zamieszkam w pałacu, który – co bardzo istotne – będzie miał szerokie, drewniane schody prowadzące w dół do jeszcze obszerniejszego holu.
O ile fascynacja milionerem, z braku właściwych kandydatów, przeszła mi szybko, o tyle miłość do schodów została.
I tu podejrzewam wpływ serialu „Dynastia” emitowanego w latach dziewięćdziesiątych. Nie wiem gdzie i kiedy wrył mi się w mózgownicę obraz: główna bohaterka schodząca wolno po schodach, a oczy wszystkich skierowane na nią.
Matko, jak ja chciałam tak schodzić!
W bloku, w który spędziłam dzieciństwo, klatki schodowe były wąskie. Za wąskie, aby grać amerykańską milionerkę, bo a to sąsiedzi wnosili kanapę i trzeba było przycisnąć się do ściany, a to zaraz pan Janek z trzeciego piętra krzyczał, żebyśmy się bawili na dworze, bo tylko biegamy z góry na dół i on od tego ma już palpitacje serca i wszystkiego dosyć.
A ja tak chciałam żeby ktoś kierował na mnie oczy. Zdarzało się i owszem, ale zazwyczaj zauważała mnie sąsiadka wołając: „O Kornelia, dobrze, że cię widzę, jak tak się tu szwendasz to masz kartkę i pieniądze i skocz mi do spożywczaka”. Skakałam, ale nie o taką uwagę mi chodziło.
Teraz, po latach, mogę powiedzieć – dobrze, że nie zostałam amerykańską milionerką. Znając moje szczęście bogacz okazałby się naciągaczem i hochsztaplerem, a po tych schodach schodziłabym w długiej, niebieskiej sukni z błyszczącej tafty, z bufiastymi rękawami, jedną ręką trzymając martini, a drugą mocno zaciskając na poręczy, żeby jakoś prosto zejść. I to już od dziesiątej rano!
Zuza i Iza twierdzą, że nie nadaję się na żonę milionera. Doszły do tej konkluzji po opróżnieniu mojego domowego soku z czarnej porzeczki. Choć podoba im się wizja schodzenia po schodach z martini w ręku. Żebyśmy się nie pomyliły naszym milionerom, umówiłyśmy się, że Zuza będzie schodzić w czerwonej, a Iza w zielonej sukience. Zgodziłam się. Niech będzie.
A gdy wywietrzeje z głów sok porzeczkowy, pojawia się prawdziwa wizja pięknego życia, która wygląda tak: pisać i żeby ktoś czytając się uśmiechnął, robić swoje, przytulać ukochane osoby, obżerać się ciepłą szarlotką, otaczać się tylko życzliwymi osobami, nie zauważać toksycznych ludzi, nie zapominać marzyć – kolejność przypadkowa.
A co dla Was oznacza piękne życie?
zdjęcie: I B z flickr.com
Jeden Komentarz
Renata
Marzenia są potrzebne. Bez nich życie traci sens. Pięknego życia.