Manewry wojenne, czyli kolejna impreza rodzinna.

Uwielbiam imprezy rodzinne. Uwielbiam. Doczekać się nie mogę kolejnych. Wyczułyście sarkazm?

Kiedy inni widzą zabawę, radość, rosół z kluchami, piękne sukienki, możliwość pogadania z dawno nie widzianymi krewnymi ja widzę to:

Telenowela, odcinek pierwszy: „Szykujemy się na wesele”.

Od rana Mały pyta czy idziemy na rosół czy do kościoła, bo on do kościoła nie idzie, bo w kościele to go zawsze nogi bolą, właściwie to go nogi bolą jak tylko obok kościoła przechodzi, ale na rosół pójdzie. I czy on musi iść w koszuli, bo nie cierpi chodzić w koszulach i czy na pewno WSZYSCY chłopcy będą w koszulach. Po półgodzinnych pertraktacjach, zakończonych jedynym działającym argumentem: „musisz iść w koszuli, bo JA tak mówię”, słyszę: dobrze może założyć koszulę, ale mam mu spakować normalną bluzkę na przebranie, którą założy OD RAZU jak tylko wyjdziemy z kościoła i będziemy jechać na rosół.

Kiedy problem koszulowy zostaje rozwiązany, pojawia się kolejny „motoryzacyjny”:  dlaczego on nie może wziąć do kościoła nowego samochodu, który dostał na urodziny od wujka, bo on by chciał chłopakom pokazać jak jeździ i dlaczego niby nie może wziąć. Ponownie działa argument: bo JA tak mówię.

W tym czasie prawie ubrany mężczyzna stoi przed szafą pełną koszul i pyta gdzie jest jego ulubiona koszula. Wyciągam czarodziejski palec wskazujący, którym materializuję koszulę wiszącą dokładnie przed jego nosem (podobno wcześniej jej tu nie było). Niestety palec nie działa przy kolejnym ważkim pytaniu –  o szlufkę.

Nie, nie  wiem dlaczego przy czarnym pasku nie ma szlufki, choć potwierdzam, że jak rok temu zakładał ten pasek na pogrzeb cioci Lusi to szlufka była. Na zdążyłam powiedzieć jak ja sobie wyobrażam, że mu będzie pasek dyndał i co on ma teraz zrobić, bo zadzwoniła ciocia Hania, wydzwaniająca co pół godziny,  pytając o której po nią przyjedziemy i właściwe to ona nie wie dlaczego ma jechać, bo ciotka Irena wydająca córkę za mąż nie była na jej imieninach w tym roku, więc ona tak naprawdę nie wie czy z nami pojedzie, bo chyba jest na ciotkę pogniewana, ale jeszcze się zastanawia, więc da mi znać za pół godziny. Rozłącza się.

W tym czasie dzwoni bratowa pytając czy na pewno nie zakładam tej sukienki z ozdobnym suwakiem i czy pamiętam, że ona ma taką samą i właśnie w niej idzie i mówiła mi o tym tydzień temu, ale dzwoni dla przypomnienia, żebyśmy przypadkiem nie założyły takich samych kreacji. Potwierdzam. Zakładam inną. Rozłączam się i idę umalować oko, ale udaje mi się maznąć tylko jedno, bo znowu muszę gasić pożar.

Tym razem dzwoni ciotka Janka z pytaniem ile dajemy, bo ona ma przygotowaną pewną kwotę, ale może dołoży stówę, bo nie chce żeby ją potem w rodzinie obgadywali, choć pamięta, że Irena nie sypnęła kasą na ślubie  jej córki, więc ciotka Janka ma teraz dylemat czy ma dać tyle co wtedy Irena, czy stówę więcej, żeby tamtej pokazać i dać do zrozumienia. Jeszcze się zastanowi. Rozłącza się.

Sięgam po tusz, żeby maznąć drugie oko i  słyszę zdziwienie: A ty jeszcze nie gotowa????

No patrzcie! Jakoś kurcze nie!

I kiedy w końcu docieramy w komplecie do kościoła, ze szlufką, ciotką Hanią postanawiającą odłożyć obrażenie się na później, i kiedy wszyscy klęczą w ciszy, celebrując chwilę (oprócz ciotki Janki zaglądającej do koperty, wahającej się  – wyjąć stówę czy nie), rozlega się głos Małego, który rozglądając się po marmurowych posadzkach woła: „Ale by się tu autem od wujka jeździło!”

 

zdjęcie: pixabay, OpenClipart-Vectors

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *