Bo w życiu trzeba mieć zasady!
To ja – kobieta z zasadami.
Z zasady nie jem mięsa (ale uwielbiam kotlety mielone).
Nie otwieram drzwi nieznajomym (no chyba, że kurierowi z nowym sweterkiem).
Wycieram nos w chusteczkę, a nie w rękaw (oj tam, oj tam zdarzyło się raz… dwa…oj, zdarzyło się).
Nawet, gdy mi bardzo smakuje, nie wylizuję talerza (gdy ktoś patrzy).
Nie zakładam rajstop pod spodnie (chyba, że mi w tyłek zimno).
I nie uważam, że jeśli na sukience jest metka z rozmiarem S, to w nią nie wejdę. Trzeba po prostu znać technikę z nabieraniem powietrza i wciąganiem brzucha na czas wciskania na siebie trzy rozmiary mniejszej kiecki. Ale o trikach modowych opowiem innym razem.
Dzisiaj o zasadach.
W czasach, kiedy myślałam, że wkuwając język staro-cerkiewno-słowiański na piątkę, a łacinę na co najmniej 4+, świat zaoferuje mi po studiach od razu co najmniej stanowisko attache kulturalnego Grenlandii, miałam okazję udowodnić innym, że co jak co, ale zasady mam żelazne, trzymam się ich kurczowo (niczym wujek Stanisław myśli, że w zaczesce mu do twarzy).
Wyciągnięta podstępem na imprezę studencką do klubu, siedziałam na krześle pod oknem i patrzyłam na tańczące pary. Zasada numer ileś tam: nie tańczę w poście. Myślałam, że idę na wieczorne nabożeństwo adwentowe (khyk, khyk – kaszlnęłam), a podstępne dziewczyny zaciągnęły mnie do klubu.
Kiedy Izka brylowała na środku parkietu, a Ala tłumaczyła kolegom przy barze zasady fizyki kwantowej, ja siedziałam sztywno na krześle, trzymając nóżki razem, ręce na kolankach i sznurując usta, czyli przybierając postawę: „bez kija nie podchodź”.
Tak, poleciało mi oko na pewnego członka męskiego rodu. Więcej oczu poleciało na niego, bo niczego sobie był członek. Oj, w sensie, że mężczyzna. Obracał pannami na parkiecie, rozdawał uśmiechy, panny mdlały.
W pewnym momencie popatrzył na mnie i zaczął się przybliżać. Zaraz poprosi mnie do tańca. Gorąco mi się zrobiło, ale pamiętacie: zasady.
– Przepraszam czy mogę… – zaczął.
Nie dam się podejść. Mówię grzecznie:
– Niestety, nie.
-Ale czy mógłbym…- koleś nie poddaje się.
-Nie, przykro mi, muszę odmówić – daję jasno do zrozumienia.
-Bardzo mi zależy, czy mogłaby pani… – próbuje dalej.
No co za natręt. Niby taki ładny, ale widać, że rozumku pod tą czaszką chyba nie za wiele. Prostego komunikatu nie rozumie. Myśli, że jak obraca panny na parkiecie to ja od razu polecę w podskokach. Mam zasady, nie polecę! Wkurzyłam się. Czekaj – pomyślałam – powiem ci tak, żebyś neandertalczyku zrozumiał:
-Widzę, że proste komunikaty do pana nie trafiają. Albo nie jest pan przyzwyczajony do odmowy ze strony kobiety, albo ma pan zaburzone zdolności percepcyjne przez nadmiar dymu na parkiecie. Postaram się wyartykułować dobitnie i jasno tak, żeby pan zrozumiał: nie, dzisiaj nie tańczę. Nie, nie pójdę z panem na parkiet. Proszę mnie nie prosić, nie błagać. Nie zgadzam się. Koniec dyskusji. W ogóle nie mamy o czy rozmawiać. Żegnam pana – wybrzmiało stanowczo z moich ust.
Niedoszły amant zachłysnął się i jęknął z rozpaczą w głosie: „Ale ja chciałem tylko to krzesło, co za panią stoi. Zmęczyłem się, nogi mnie bolą. Zlituj się, daj usiąść kobieto!”
Także tego, dziewczyny, (khyk, khyk – kaszlnęłam) pamiętajcie: zasady.