Blue Monday dopadł i mnie.
Chcecie wiedzieć skąd znają się Kornelia, Izka, Basia, Zuza, Gośka i pozostałe dziewczyny?
Piątek. Godzina 14. Stołówka. Słychać brzęk sztućców i talerzy. Ostatni wspólny obiad w tej scenerii, w tym składzie. Ostatni obiad uczennic pewnego liceum.
Basia bierze wazę i nalewa każdej zupę. Talerze przechodzą z rąk do rąk.
Pierwsza bierze Ola. Za chwilę dostanie się na wydział matematyki i przeprowadzi nad morze.
Zuza dosłownie potraktuje słowa pewnej Siostry, żeby być dobra matką, żona i Polką
i zakocha się tak bardzo, że podporządkuje miłości następne lata.
Iza kobieta- armata nie zwolni tempa nawet po ukończeniu liceum. Zaangażuje się we wszystko co możliwe. Nieważne: radio studenckie, pomoc w schronisku czy pogadanki z trudną młodzieżą – Iza tam będzie. I nie jako szeregowy członek, a od razu przywódca stada.
Gośka przez kolejne lata będzie szukać swojego miejsca na ziemi, choć odbierając zupę od Basi myśli, że dostanie się na ASP i wyjedzie do Stanów. Nie wyjedzie. Zajmie się Sztuką szeroko rozumianą, tu, na miejscu. Będzie się schodzić i rozstawać z Pawłem wiele razy. Przestałyśmy liczyć.
Dorota skończy medycynę.
Anka zrobi karierę na uczelni.
Kinga otworzy biznes i stworzy rozpoznawalną na rynku markę.
Basia na chwilę zmieni ojczyznę, ale tęsknota i kurs euro przygnają ją ponownie do kraju. Na całe szczęście dla mnie.
A ja? … określę się modnym teraz sformułowaniem: to skomplikowane.
W pierwszej klasie przy tym stole siedziało trzydzieści dziewczyn. Do czwartej dotrwało szesnaście.
Na każdym spotkaniu spieramy się czy zostały najsilniejsze czy najsłabsze psychicznie. 🙂
Zjadłyśmy i zaległa cisza. Cztery lata marzyłyśmy o tej chwili, o ostatnim dniu w szkole, o ostatnim posiłku, ostatniej pobudce o szóstej rano i ostatnim srogim spojrzeniu Siostry Angeli, kiedy grzebałyśmy się ze wstawaniem.
Marzyłyśmy o ostatnim sprzątaniu internatu, ostatnim apelu, na którym Siostra Anna karciła nas za to, że w tym tygodniu wyjątkowo źle sprzątnęłyśmy klasy, o ostatnim grabieniu liści w parku.
Miałyśmy wyrzucić szkolne przepisowe mundurki, pociąć, spalić, a zamiast tego siedziałyśmy w ciszy. Pierwsza odezwała się Izka:
– Obiecajcie coś. Obiecajcie, że to nie koniec. Mamy się spotykać, dzwonić, pisać, nie zapominać. Mogłyśmy liczyć na siebie w każdej biedzie. Byłyśmy razem cztery lata w zdrowiu i chorobie, wśród małych i wielkich dramatów i euforii, kłótni i godzenia się, wzlotów i upadków. Nie zmarnujmy tego.
Rozstawałyśmy się? Nie, tylko żegnałyśmy na chwilę.
Najprawdziwsze przyjaźnie rodzą się w liceum. Szczególnie w takim jak moje – z internatem i dziewczynami z całej Polski. Kiedy mam słabszy dzień, sięgam po telefon i obojętnie który numer bym wybrała, wiem, że mogę powiedzieć wszystko i żadna mnie nie osądzi, a na pewno wysłucha. Tajemnice przekazywane lata po maturze, są tak samo dochowywane jak te szeptane na ucho na szkolnych korytarzach.
Wczoraj dziewczyny przypomniały mi, że w maju okrągłe lecie matury.
Przyjedzie 16?