Wenecja, czyli jak nie poznałam George’a Clooney’a
Zakochałam się. Na amen. Na zabój. Na śmierć i życie. I co ważne: z wzajemnością. Uprzedzam uśmieszki koleżanek – nie, to nie kolejny wysoki brunet, piwne oczy, śniadania cera, z uśmiechem, który zwala z nóg. Tym razem zakochałam się we włoskim języku. Wystarczyły trzy dni w Mediolanie, żebym całkowicie wpadła we włoskie sidła. Już w drodze powrotnej do Polski wyszukiwałam w internecie lektorów języka, bo przecież musiałam nauczyć się go natychmiast!
Nauczyciel nie był w moim typie, może i dobrze, bo jak mówi Izka: brunet i Kornelia zawsze równa się nieszczęście. Tym razem powierzyłam swój umysł pani Monice i chłonęłam włoskie słówka i czasy, przez dobry rok. Czułam, że miłość została odwzajemniona – edukacja szła mi wyjątkowo łatwo. Może w poprzednim wcieleniu byłam Sofią Loren? Chociaż nie, przecież ona żyje. To może Claudią Cardinale? Sprawdziłam – też ma się dobrze. Dalej nie szukam, jeszcze mi wyjdzie Lukrecja Borgia.
Nadarzyła się okazja do zabłyśnięcia. Dostałam zaproszenie na karnawał do Wenecji, z którego skorzystałam z dwóch powodów: pierwszym była chęć sprawdzenia języka wśród tubylców, a drugim: Kamil. Wlepiałam w niego oczęta od kilku tygodni, co w końcu zauważył na tyle, że teraz wspólnie podróżowaliśmy do Wenecji. Wycieczka zorganizowana przez biuro podróży z programem tak napiętym, że zwiedzanie polegało nie na marszu, a na przelocie. Lataliśmy z jednej strony miasta na drugą, od kanału do kanału, kręciliśmy się w gąszczu wąskich uliczek, wypadając z jednego kościoła, żeby wpaść do drugiego, przez który wpadało się do kolejnego. W pewnym momencie rozpędzona wpadaniem, wpadłabym do kanału. Na szczęście wyhamowałam, i dobrze, bo właśnie wtedy Jarek pilot powiedział: „czas wolny 3 godziny” i popędził w swoją stronę, zostawiając nas na środku czegoś, co z jednej strony odcinał kanał, a z drugiej wysoka kamienica. Grupka rozglądała się bezradnie.
–Był tu ktoś wcześniej?- Zapytał pan Janek, emerytowany pułkownik.
Cisza.
–Zabłądzimy. Nie zdążymy na miejsce zbiórki. Zostawią nas tu – histeryzowała pani Zosia, emerytka o takiej figurze, że patrzyłam na nią z drobnym ukłuciem zazdrości (dobra: więcej niż drobnym).
Włączył mi się tryb „kierowniczka turnusu” i przejęłam dowodzenie:
– Mamy telefon do Jarka, więc nie zginiemy. Damy radę. Trzymamy się razem! W Wenecji nie sposób się zgubić, bo na budynkach są strzałki pokazujące jak dotrzeć na plac Św. Marka, a stamtąd wiem jak trafić na miejsce zbiórki. Mazgaimy się, czy wyruszamy ku przygodzie drodzy państwo?
–Ku przygodzie! – Zadecydowała wycieczka.
Bieganie po kościołach zaostrza apetyt, więc weszliśmy coś zjeść do pierwszej napotkanej restauracji. W małym pomieszczeniu ulokowaliśmy się wszyscy przy złączonych stolikach. Kelner podał kartę i zaczęło się zamawianie. Każde danie brzmiało dla mnie jak poezja. Na nieśmiałą sugestię pani Zosi: „to może po kieliszku wina?”, pan Janek huknął: „butelkę!” i dopiero wtedy poczuliśmy, że to naprawdę karnawał i naprawdę jesteśmy w Wenecji. Dzięki włoskiemu trunkowi, zintegrowaliśmy się „dogłębnie”.
A potem stało się jak w powieści Orzeszkowej, tylko zamiast: „na Niemen, na Niemen, prosiemy na Niemen”, ktoś krzyknął: „na gondole! na gondole!”
Nie wiem, czy sprawiła to magia miasta, czy po prostu mój urok osobisty (skromna jestem prawda?), ale kiedy uśmiechnęłam się szeroko do obcego mężczyzny w koszulce w paski, w kapeluszu ze wstążką, i krzyknęłam: buongiorno! dzień dobry!, gondolier rozpromienił się i zalał mnie potokiem słów, z których udało mi się odszyfrować: chcesz, to popłyniemy dłuższą trasą niż z innymi turystami, coś wam opowiem , a ty tłumacz.
Przez jedno włoskie słówko, zostałam uznana za tłumaczkę.
Zapakowani w dwie gondole, w dobrym humorze, płynęliśmy przez Wenecję, a gondolier opowiadał: że wiózł „naszego” papieża, że pracuje jako gondolier w piątym pokoleniu, że miasto jest piękne szczególnie nocą, ale trudno się żyje, gdy ceny wyższe niż w innych częściach Włoch. Po każdym zdaniu robił przerwę na moje tłumaczenie, które nie oszukujmy się, było równie kulawe jak jego zapewnienie, że jedna baba wystraszyła się pająka i wyskoczyła mu z gondoli do wody.
W pewnym momencie zaczął mówić coś bardzo szybko, co chwila powtarzając nazwisko George Clooney, George Clooney – wskazując na mijaną kamienicę.
-Szanowna wycieczko – mówię- za grosz nie wiem, o co mu chodzi. Ale: albo George Clooney mieszkał w tej kamienicy, albo ją kupił, albo tylko obok niej przechodził. Bardzo proszę uśmiechamy się, potakujemy i pokazujemy podniesione kciuki – co grzecznie moja grupa zrobiła.
Wenecjanin był szczęśliwy, szczęśliwa była grupa i ja też byłam pełna szczęścia. Gondolier – bo znalazł słuchaczy, grupa – bo w cenie krótszej trasy, zrobiliśmy dłuższą, i ja – bo choć rozumiałam co szóste słowo, słuchałam jak zauroczona, brzmienia włoskiego języka.
– Być w Wenecji i nie zjeść lodów? Impossibile! Niemożliwe! Zamawiam, a państwo grzecznie czekają przed cukiernią – wpadłam na pomysł, po wyjściu z gondoli.
Coś przekręciłam i zamiast ośmiu lodów po gałce, zamówiłam cztery lody po dwie gałki. Dzięki temu grupa jeszcze bardziej się zintegrowała. Dobraliśmy się w pary, biorąc pod uwagę gust smakowy. Śmiechom i żartom nie było końca.
Najszczęśliwsza wydawała się pani Zosia, którą los lub moja kulawa włoszczyzna, połączyła w „lodową” parę z panem Jankiem na dłużej, niż do roztopienia się lodów.
Ktoś chętny pojechać ze mną na kolejną wycieczkę?
Kornelia
zdjęcie: mojego autorstwa
4 komentarze
Weronika
Cudny wpis! Pamiętam jak też po pierwszym wyjeździe do Włoch zaczęłam się uczyć, ale jestem na tyle niepewna swoich umiejętności, że wolę zapytać Włocha czy umie mówić po angielsku – od razu rozmawia się spokojniej ? Historia z lodami brzmi całkiem dobrze, podejrzewam że trafiłaś na idealną grupę bo czytając o pomyłce wyobrażałam już sobie nieco inną reakcję na tego typu integrację.
Oczywiście czekam na kontynuację wpisu dotyczącą Kamila, który był w końcu jednym z argumentów do wybrania się na wycieczkę ?
Kornelia Knot
Pamiętnik ma wiele kart. Może na którejś znajdzie się i Kamil. Kornelia dawkuje nam emocje.
Lena
Przezabawna historia?
Kornelia Knot
🙂