Covidowe powidoki
Dzień pierwszy:
Byłam już kiedyś izolowana. W szpitalu. Miałam wtedy 12 lat, żółtaczkę typu B oraz niebieską koszulę nocną z falbaną i bufiastymi rękawami. W szpitalu czułam się jak księżniczka zarówno przez tę falbanę jak i przez salę na najwyższym piętrze (wiadomo księżniczki mieszkają w wysoko położonych apartamentach). Na tym jednak kończyły się prawie boskie atrybuty. Nie posiadałam żadnego wybranka serca ani odpowiedniej fryzury, dlatego przez okno szpitalnej komnaty spuszczałam sznurek a nie warkocz, a paczki ze słodyczami i szamponem przywiązywał do niego tata a nie książę.
Izolacja, jak zaznaczyłam na wstępie, to dla mnie nie nowość, dlatego ze stoickim spokojem przyjęłam i wynik testu i pisemną informację, że przez 10 dni mam się zachowywać jak królowa czyli izolować, udawać niedostępną, nie dopuszczać do siebie poddanych, nie jeść byle czego, oszczędzać się i nie wychylać nosa zza baldachimu rozwieszonego nad łożem. Gdyby mi się zachciało jednak zlekceważyć zalecenia to na wszelki wypadek na drzewie za oknem siedzi snajper.
Test na Covid przebiegł niezbyt przyjemnie. Człowiek w uniformie dziabnął mnie patykiem w nos i gardło (w odwrotnej kolejności) i powiedział: „Nie wiem czy coś z tego wyjdzie, bo ma pani krzywą przegrodę nosową”. Obraziłam się. Mam wzorcową przegrodę nosową proszę pana! Wzorzec mojej przegrody nosowej jest przechowywany w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sèvres koło Paryża! Też coś!
Aby potwierdzić diagnozę postawioną po dziabnięciu patykiem, wykonałam przyjemny, domowy test na covid: zjadłam całą czekoladę truskawkową – nie czułam smaku i zapachu. Na wszelki wypadek powtórzyłam test – tym razem pochłonęłam (małe) pudełko czekoladek z nadzieniem kawowym – ponownie brak reakcji kubków smakowych.
Wynik pozytywny potwierdzony.
Poprawiłam poduszkę z falbaną i sprawdziłam najświeższe dane: tego dnia zachorowało 25 221 osób.
Ta dwadzieścia pięć tysięcy dwieście dwudziesta pierwsza to ja.
Pierwsza 🙂
W końcu. W czymś.