Ostatnia opowieść zimowa tej wiosny, czyli godność upadła

Wystrojona jak nieboskie stworzenie (według mojej rodzicielki) lub jak stróż w Boże Ciało (określenie Zuzy przyjaciółki, projektantki mody), czyli według mnie: całkiem ładnie, wysiadłam z pociągu ciut spóźniona, bo kolej zafundowała mi wycieczkę krajoznawczą i pół godziny stałam w lesie, oglądając przez okno zaśnieżone choinki, sztuk trzy. Byłam tak zła, że nie rozbawił mnie nawet tekst konduktora sprawdzającego bilety: „czy ktoś z państwa doszedł?” Ciekawski!

Na dworze trzymał mróz, ja trzymałam ręce w kieszeniach, bo kolejny raz tej zimy zgubiłam rękawiczki. Kaptur od kurtki naciągnęłam głęboko na czoło – wiadomo o cenny umysł trzeba dbać, chronić przed zimnem. Nie daj Boże wymrze moja ostatnia szara komóreczka. I tak opatulona, zakręcona szalikiem próbowałam podbiec do tramwaju. W sercu miałam maj, na dworze luty – jakoś te dwa miesiące nie zgrały się ze sobą. Tramwaj stoi. Ja biegnę i nagle…na własnej skórze czuję o czym pisze Kopernik w dziele „O obrotach sfer niebieskich”! Sfera mi się obróciła, niebieska niczym lód i.. runęłam jak długa na przystanku, prosto pod nogi wysiadającym pasażerom. Ręce z kieszeni mi wyleciały, rozpostarły się jak skrzydła do lotu. Lot był krótki. Prosto w beton. Rozpłaszczyłam się niczym żaba, czterema kończynami w cztery strony świata. Kaptur dzielnie nasunął mi się głębiej na głowę. Przez chwilę zastanawiałam się czy żyję czy już lewituję w stronę światła.

Ludzie wysiadający z tramwaju życzliwie omijali moją postać. Może myśleli, że dorabiam jako pozorant policyjny udając ofiarę zbrodni i leżę tak, dopóki ktoś nie obrysuje mnie kredą. Nikt mnie nie podniósł. Wiadomo – z policją nie ma żartów. Może myśleli, że spędzam w ten sposób wolny czas. A co? Kto bogatemu zabroni? Zapomniałam odlepić ceny z kozaków i  każdy widział, że dałam za obuwie 250 zł – czyli żyję ekskluzywnie i moja sprawa jak lubię wypoczywać. A kultura osobista wymaga, aby odpoczywającemu nie przeszkadzać.

Przerwałam leżenie, bo wróciła mi świadomość, no i zaczęłam przymarzać do chodnika.  Wgramoliłam się do tramwaju. Kątem oka oszacowałam straty. W nierównej walce z oblodzeniem poległy rajstopy (dwie dziury na kolanach), spódnica zmieniła kolor z granatowego na szarobury (ale nie na ten milusi z piosenki: „aa kotki dwa, szarobure obydwa”, ale na ten paskudny jak błoto pośniegowe), stłukłam łokieć i obdarłam nos.

W takiej stylizacji dotarłam do biura zawodząc od drzwi, że nikt mi nie pomógł, że stało się nieszczęście, że jestem biedna, nieszczęśliwa i na pewno brzydka, bo gdybym była młodsza i ładniejsza to kwiat męski na pewno rzuciłby się do podnoszenia mojej godności z chodnika.

Dyrektor słysząc zawodzenie skomentował: „Pani Kornelio to nie pani wina, to wina wstrętnego kaptura, który nasunął się pani na oczy i uniemożliwił męskiej części społeczeństwa przekonanie się organoleptycznie jaka z pani cud dziewoja.”

Od razu zrobiło mi się cieplej. Nie jestem próżna (ależ skąd), ale na wszelki wypadek przestałam nosić kurtki z kapturem. Przy moim szczęściu, oblodzony chodnik może się trafić nawet wiosną.

 

photo by April Hansen from flickr.com

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *