Prawdziwa opowieść nocy wigilijnej.
Podzielę się z Wami historią.
Oczywiście domyślacie się, że opowieści, którymi Was raczę na blogu i Facebooku są i autentyczne, i zmyślone, i stały się rzeczywiście, albo tylko w mojej głowie, ale to, co Wam zaraz opiszę zdarzyło się NAPRAWDĘ rok temu w moim domu. Jak bum cyk cyk (tu biję się w pierś dla uwiarygodnienia historii). Słuchajcie.
Prawdziwa opowieść nocy wigilijnej.
Siedziałam w szafie czekając na Świętego Mikołaja i choć Brunet kazał mi iść spać, tylko prychnęłam: „Nigdzie się nie wybieram, oczekuję wizyty”. Poprawiłam kocyk, przesunęłam wiśniówkę, zrobiłam szparę w szafie i wbiłam wzrok w choinkę. Miałam do pogadania z grubasem w czerwonym ubranku.
Jak tylko zacznie rozkładać prezenty, wyskoczę z mebla i to ja powiem: „Ho, ho, ho”. Zapytam wprost – co zrobił z moim zeszłorocznym życzeniem! Napisałam w liście jasno: złoty pierścionek, rozmiar, kolekcja, nawet wyrwałam stronę z katalogu i wkleiłam. Jak można coś takiego spartolić?! A jednak! Dostałam patelnię ceramiczną! Pewnie pomylił moje zamówienie z zamówieniem Magdy Gessler. W tym roku ma przy mnie rozpakować i sprawdzimy komisyjnie, co mi dziad do pudełka wcisnął. I jeszcze ma coś dorzucić za straty moralne!
Trochę się dłużyło. Wybiła północ. Nie miałam zegarka, ale poznałam po tym jak rybki zaczęły mówić ludzkim głosem. Gupiki odgrażały się, że jak jeszcze raz usłyszą, że są głupie to zgłoszą psychiczne molestowanie do leśniczego (Dlaczego do leśniczego? Głupie jakieś te gupiki).
Sprawdzałam ile mi wiśniówki zostało, gdy rozległo się chrząknięcie. Cichutko otworzyłam drzwi i zamarłam: przed szafą tłoczyły się sprzęty domowe.
– Bardzo przepraszam – zaczął telewizor- w Wigilię nie tylko zwierzęta mówią ludzkim głosem. My też. Do tej pory nie było powodu komunikować się z państwem, ale trochę się nagromadziło, więc korzystamy z okazji. Dodam od siebie, że wstyd mi za was jak widzę jakie kanały państwo oglądają. Wstyd i hańba – tylko tyle powiem. Oj weźmie się ktoś za was, oj weźmie.
Przed szereg wystąpiła poduszka.
-Kobieto co jest z tobą nie tak? – Zwróciła się do mnie. – Co wieczór zanim uśniesz walisz we mnie jakbym była workiem treningowym. Oddechu złapać nie mogę. Zapisz się na jakiś kurs panowania nad emocjami albo melisę pij czy inny nervosol. Ogarnij się, bo pióra ze mnie zostaną.
– A ja dodam, że jak jeszcze raz ktoś mną szurnie, to ja go szurnę, aż spadnie – odgrażał się zdenerwowany stołek.
Zanotowałam, żeby od razu agresora wymienić na nowszy model.
Deska do prasowania prosiła, żeby pan domu nie zachowywał się jak poprzedniego wieczora. Kiedy mu pani wygarnęła: „Jak taki jesteś mądry to sam sobie koszule prasuj!”, pan domu cały w nerwach walił w deskę żelazkiem tak, że teraz to już pewnie żaden rehabilitant tego garba desce nie wymasuje. Kiedy pan sięgał po trzecią koszulę, deska sama miała ochotę krzyknąć: „Chłopie zostaw, ja uprasuję!”
I tylko ekspres do kawy leciutko się uśmiechał, pretensji nie zgłaszał, mrugał do mnie zielonym oczkiem, ale przestał , gdy usłyszał zza pleców syczenie: „lizus, pupilek pani”.
Auto wysunęło się z garażu i zatrąbiło złośliwie: „Sprzęgło przysyła pozdrowienia z sanatorium”.
Obiecałam poprawę za siebie, za Bruneta, jeszcze raz za siebie, potem znowu za Bruneta, i znowu chciałam za siebie, ale już mi się wiśniówka skończyła.