• Miłość w czasach pandemii

    Siedzę na kanapie z laptopem na kolanach, przeglądam modowe strony internetowe, zajadam truskawki. Pralka alarmuje, że można już wyjąć z niej pranie, ale każdy udaje głuchego. Brunet dłubie w expresie do kawy. Wykręca śrubki, śrubeczki i inne elementy urządzenia układając je na stole i  deklamując cicho poezję pandemiczną. Strofy o „zarazie” i „żeby to cholera wzięła” brzmią raz ciszej, raz głośniej, z właściwą intonacją. Ot zwykły covidowy dzień. -Kochasz mnie? – pada z sofy. – Ta – odpowiada domowy Adam Słodowy znad expresu do kawy. – Bardzo? – dopytuję. – Ta – konwersacja wznosi się na wyżyny. – A gdybyś to miał wyrazić kwotowo? – Nie ma takiej kwoty –…

  • Do trzech razy sztuka.

    Najpierw skusiły mnie kolory, piękne – różowe, czerwone, białe, srebrzyste. Potem zapach – letni, wiosenny, truskawkowo-cytrynowy, malinowy. Oczy ucieszył kształt. Serca, serduszka, kuleczki, prostokąty rozpychały się w gablocie jednej z warszawskich cukierni, do której miałam nie zaglądać, bo przecież znowu od jutra przechodzę na kolejną  dietę, ale jakoś tak, no wiecie, jakoś tak samo wyszło, że weszłam. „Pożegnam się chociaż z torcikiem malinowym na spodzie z kruchej bezy. Przecież nie można odchodzić bez pożegnania. To niekulturalne” – dorobiłam teorię i wlazłam. Maseczka skrywała uśmiech, portfel skrywał ostatnie dwie dychy. Musiały wystarczy. Terminal nieczynny. Błądziłam wzrokiem po gablocie. Zatrzymałam go dłużej przy torciku i się zaczęło. – Piękny ten torcik. Może…

  • Pande(ko)miczna sytuacja

    Dopadli mnie. Najpierw rano katar w domu, a potem konduktor w pociągu . Zaczęło się niewinnie. Otworzył drzwi przedziału i rzucił standardowe: „Bileciki do kontroli”. Nie przejęłam się. Znam procedurę: ja grzebię w torebce, a on przewraca oczami lub wzdycha. Tym razem było inaczej. Konduktor omiótł nas wzrokiem i zatrzymał się dłużej na współpasażerce, której znad maseczki wystawało pół nosa i kawałek brody. Podniósł brew i głos, zwracając się jadowicie z pytaniem: „Nie znamy paragrafu 18 rozporządzenia Rady Ministrów?!!” Zapadła cisza. Jakaś mucha przeleciała. Pani głośno przełknęła cukierka, którego chwilę temu wsadziła do ust. Pan w kapeluszu, siedzący dwa miejsca dalej, nasunął na siebie płaszcz i chrapnął, myśląc, że udawanie…

  • Oddam za darmo!!!

    Uwaga, ogłoszenie! Oddam za darmo i w dobre ręce deficytowe dobro! Nie, nie jest to papier toaletowy. I nie, nie jest to dziesięciokilogramowy worek makaronu typu „świderki”. Wygodnie mi się na nim śpi. Ale mam coś, co mogę przekazać w dobre ręce. W lewą i w prawą. Właściwie w którąkolwiek. W tych trudnych czasach trzeba się dzielić z innymi, wspomagać – pomagać, być po prostu człowiekiem. Nie wolno chomikować, trzymać tylko dla siebie. Nie chcę być Scroogem naszych czasów, dlatego zamieszczam anons. Przedmiotem ogłoszenia mogą być zainteresowani wszyscy, którzy funkcjonują na oparach, na prawie wyczerpanych bateriach, którym wydaje się, że jeszcze chwila i wybuchną, albo są u jej kresu. Otóż,…

  • Nie chce mi się z tobą gadać.

    Ogarnęła mnie niemoc twórcza. Nie mam weny, opadłam z sił. Gapię się w sufit leżąc na katafalku. Nie, nie takim z gromnicami po bokach, ale na modnym, wielkim łożu dwa metry na dwa, czy trzy na pięć. Wiecie – takim przepastnym, że jak na nim zgubisz skarpetkę albo majtki to szukasz pół nocy. A jak chcesz pogadać z osobą wspóleżącą to najpierw musisz się upewnić, że osoba na pewno tam jest, więc albo rozgrzebujesz kołdrę i szukasz na własna rękę albo krzyczysz: „jest tam kto?” Oby się odezwał właściwy głos. Wiadomo łóżka się czasem mylą. No więc tak leżę i gapię się w sufit i gapię. Na to gapienie wchodzi…

  • Matka na wojennej ścieżce.

    Jak wojna to wojna. Choćby i z wirusem – powiedziałam do siebie patrząc w lustro. Zasady wojenne znam. Kiedy wróg rozprzestrzenia się w najbliższym środowisku należy a) podjąć walkę bezpośrednią lub b) partyzancką. Siedzę zamknięta w domu więc powiedzmy, że zeszłam do podziemia. Najpierw trzeba wybrać pseudonim. Może „Łania”? – Zastanawiam się głośno. E nie, zaraz zaczną się podśmiechujki, że to z powodu nieogolonych nóżek (maszynki mi wyszły). Może „Jagoda”? Też nie. Byłam kiedyś na festynie, na którym zespół ludowy i jego mocno leciwe śpiewaczki, katowały piosenkę „A ja młoda jak jagoda”. Pamiętam ogólną wesołość jaką wzbudziło to wykonanie. „Grab” i „Sosna” też zajęte:  przez sąsiada z drugiego piętra i…

  • Bolesne kobiecości początki.

    Jestem kobietą. Pomiędzy te dwa wyrazy powinnam wrzucić kilka przymiotników, ale gdy napiszę „fantastyczną, świetną, przebojową” to zaraz Współspacz mnie wyśle na badanie głowy, a gdy napiszę „melancholijną, płaczliwą, jęczącą” to weźmiecie mnie za mazgaja. Dlatego pozostawię to zdanie bez przymiotników. Kiedy znajdę jakiś wyraz  definiujący mnie wystarczająco, nie omieszkam was poinformować. Powiem wam jak stawałam się kobietą, albo raczej jak zmieniało się moje wyobrażenie o byciu kobietą – prawdziwą kobietą. W ogóle dzisiaj będzie dużo słowa „kobieta”. Mając lat  pięć, myślałam, że kobieta to ktoś ładnie umalowany. Moja mama nie używała kosmetyków, nie nosiła biżuterii. Stawiała na naturale piękno, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Na nieśmiałe prośby o pierścionek, kolczyki odpowiadała:…

  • A spróbuj się teraz dodzwonić!

    W czasach dawno minionych strach wzbudzał…telegram. Kiedy mama dostawała powiadomienie, zalewała się łzami nawet nie znając przesyłanej treści. Czasami była tam tylko wiadomość, że ktoś do nas przyjeżdża i wtedy rozpacz zamieniała się w ulgę. Rozmowa międzymiastowa nie wywoływała już takich dreszczy. Myślałam, że gdy mama wchodzi do kabiny telefonicznej to tylko po to, żeby sobie pokrzyczeć. Krzyczała i nikt nie zwracał uwagi. Wszyscy tak rozmawiali. Nie mieliśmy telefonów komórkowych, ale udawało nam się porozumieć. W parku na moście oraz na pniach drzew można było przeczytać wyznania miłosne, oświadczenia kogo i z kim  łączy wielka, nierozłączna miłość, kto jest głupi, albo który klub piłkarski jest #@##. Darliśmy się pod oknami…

  • Może to mój ostatni wpis…

    Zaraz przejedzie mnie jakiś samochód. Stoję na środku ulicy i nie wiem w którą stronę się ruszyć. Jestem rozdarta. Mam ogromny problem i nie widzę rozwiązania. Rozterki Hamleta wydają się niczym w porównaniu z moimi rozterkami. On tylko pytał „być czy nie być”, moje pytanie ma więcej czasowników. Ale czuję się jak on – samotna, pozostawiona samej sobie, bez nadziei na znalezienie właściwej odpowiedzi. Co robić? Do kogo zadzwonić? Kogo zawołać? Hop, hop pomoże ktoś? Nasłuchuję. Znikąd pomocy. Zaczyna padać. Stoję ciekając wodą i rozglądam się. Po jednej stronie ulicy – salon kosmetyczny „Piękniejsza ty”, a po drugiej -„Jak ta lala”. Nie mogę się zdecydować do którego wejść. Nie wiem…

  • Pan tu nie stał, a pani jest spóźniona.

    Nie wiem skąd i kto w przychodni dowiedział się, że lubię gry towarzyskie. Na pewno nie mówiłam tego podczas ostatniej wizyty u lekarza rok temu, bo jedyne co mogłam wtedy wykasłać to: „chrypa utrzymuje się od czterech dni, tak mam kaszel, ale nie rozróżniam suchego od mokrego”. Na pewno nie dowiedzieli się tego od Izki, bo odkąd przegrała ze mną w sobotę w makao, udaje obrażoną (minie jej do następnej gry, jak zwykle). Inne przyjaciółki  też tego nie zdradziły, bo nawet gdyby chciały zatelefonować to dodzwonić się do przychodni na początku tygodnia w sezonie grypowym??? Życzę powodzenia. Współspacza również nie podejrzewam, bo w ogóle o mnie z nikim nie rozmawia.…