• (Nie)wychowanie

    Zdaje sobie sprawę jakie to niewłaściwe, niepedagogiczne i szkodliwe społecznie. Mówię o tym z oburzeniem (dla wzmocnienia przekazu mogę dodać, że ze świętym oburzeniem). Umówmy się, że opowiadam zasłyszaną na ławce w parku historię i zgodnie z tym, co piszą w mądrych książkach –  z dezaprobatą kręcę głową krzywiąc się: „Takie matki należy piętnować. To nie WYCHOWANIE a NIEWYCHOWANIE”. Ponieważ w wychowaniu bierze udział cała rodzina (świadomie czy nieświadomie) zacznijmy od dziadka. Chociaż mój dziadek to przedwojenny absolwent Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP, talentu do władania pędzlem niestety po nim nie odziedziczyłam. Nawet kredką czy flamastrem. Nie, piórkiem też nie. Uwierzcie: niczym. Całkiem zgrabnie umiem narysować tylko bezlistne drzewo, grzyba i…

  • Blondynka wieczorową porą

    Machając nogą w kapciu pisałam wczoraj tekst z zamiarem opublikowania go w piątkowy poranek. Czułam się jak brunet wieczorową porą, bo, jak bohater przywołanego filmu, przez cały dzień nie mogłam znaleźć miejsca, w którym spokojnie dokończyłabym (nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu): prawdy objawione. Tekst wydawał się lekki i przyjemny, pasujący do porannej, piątkowej przedweekendowej kawki (razem się pisze czy osobno?). Zegar wskazywał 23:05 (bo przecież jak się ma rodzinę to o innej porze do swoich spraw się nie zasiada), włosy zawinięte na trzy wałki z przodu i pięć z tyłu spokojnie sobie schły, gdy nagle oczom moim ukazał się złośliwy komentarz pod jednym ze starych wpisów, a potem…

  • Nabroiłam. Chyba.

    Jakbyście teraz do mnie wpadły i od drzwi krzyczały „Kornelia, Kornelia mamy szarlotkę dla ciebie” – a nikt by  się nie odezwał to nie, nie pomyliłybyście mieszkań. Po prostu siedzę cicho, bo podobno podpadłam i nie wiem jak się wywinę (to cytat autorstwa bruneta). Zaczęło się od skrzynki na listy, a właściwie od rachunku za wodę tkwiącego w środku. Brunet pięć razy sprawdzał czy dane na kwitku się zgadzają, czy dotyczą naszego zużycia, naszego miasta, mieszkania, osób, galaktyki, bo to podobno niemożliwe, żeby takie zużycie dotyczyło jednego domostwa. Zostałam poproszona o zajęcie miejsca w  dużym pokoju i rzucenie okiem na dowód przestępstwa, bo wiadomo, że główną oskarżoną w procesie o…

  • W życiu do teatru nie pójdę, czyli subiektywne recenzje.

    Wczoraj byłam na sztuce. W teatrze. O kulturę wysoką  się otarłam. Śladów po otarciach nie mam, ale bilet posiadam,  mogę zeskanować do pdf-a i tu wrzucić, jakby ktoś nie wierzył. Byłam. Oczywiście. I zachować się potrafiłam. Co prawda zasnęłam dwadzieścia minut po tym, jak kurtynę podnieśli, ale pamiętam, że bohaterowie szukali miłości. Dosyć długo nie mogli jej znaleźć, co mnie bardzo denerwowało, bo ile można łazić po scenie w tę i we w tę, aż od patrzenia mnie zemdliło i choroba lokomocyjna się odnowiła. Te długie poszukiwania to wina scenografa. Gdyby położył ją na widocznym miejscu, to może akcja by się szybciej rozkręciła, a tak nuda. Widzowie w pierwszy rzędach…

  • Prawdziwa miłość

    Niby zapowiadał się spokojny, słoneczny dzień, zachęcający do odpoczynku. Ptaszki świrgoliły (czy to okap szumiał???). Bezchmurne niebo zachęcało do delektowania się czystym błękitem. Błogo, przyjemnie, chillout (że niby luzik). W dość specyficzny sposób udzieliła mi się atmosfera lenistwa, bo prawie zapragnęłam biegać boso po łące w zwiewnej sukni, ale i łąkę skoszono, i sukienki nie mogłam znaleźć, no i zadzwoniła Basia zapowiadając przybycie zacnego grona moich koleżanek w liczbie czterech. Chcąc nie chcąc wzięłam się za pieczenie. Nie żebym była fanką domowego cukiernictwa, ale ponieważ nieustająco się odchudzam, wczoraj zeżarłam wszystkie ciastka (tak na wszelki wypadek, żeby mnie nie kusiło) i nie miałam czym podjąć szanownego koleżeństwa. Szarlotkę każdy lubi.…

  • Wyznanie: należałam do zorganizowanej grupy.

    Dostałam zaproszenie, aby przyłączyć się na Facebooku do grupy, która pokaże mi jak pokochać siebie. Dobrze, że siebie, a nie na przykład sąsiada z trzeciego piętra. Do tej grupy bym się nie zapisała. Nie lubimy się odkąd przyszedł do mnie z awanturą, żądając, abym natychmiast zdjęła pranie z balkonu, bo za trzy godziny będzie tędy przechodzić procesja i blok powinien prezentować się godnie, a moje biustonosze i za przeproszeniem „gacie” to nie są święte relikwie, więc mam nie wystawiać ich na widok publiczny. Obraziłam się za nazwanie mojej bielizny gaciami. Też coś. Może nie mają mocy uzdrawiających, ale cuda pod ich wpływem się zdarzały. Ale nie o tym chciałam. Bardziej…

  • USTĄP!

    Od małego musiałam ustępować. Ustąp mu, bo jesteś starsza. Ustąp pani miejsca, masz młode nogi. Ustąp, odstąp, przesuń się, podporządkuj, dostosuj. Ustępowałam w rzeczach małych i dużych. Ustępowałam z uwagi na dobre wychowanie, albo dla świętego spokoju. Ustępowałam bratu, mamie, nauczycielom, mężczyznom. Teraz ustąpiłam Zośce. Do kategorii osób, którym ustępuję doszła nowa kategoria: koleżanki z pracy. To, że poniedziałek powinien być tylko dla chętnych, uważam za bardzo dobry slogan. Po weekendzie przynosimy do pracy różne frustracje. A to nie zdążyłyśmy umyć wszystkich okien, co denerwuje kochające się w czystych oknach. A to nie udały się sobotnie zakupy, bo ten śliczny żakiecik w waszym rozmiarze, o którym myślałyście cały tydzień, wyszarpnęła…

  • Komplementy, komplemenciki, miłe słówka.

    Komplementy trzeba zbierać, przechowywać,  konserwować, wyciągać je w chwilach zwątpienia, załamania lub lekkiego dołka. Dawkować niczym lekarstwo, brać troszeczkę, na czubek łyżeczki. Delektować się nimi. Mężczyźni, wiadomo, nie rzucają komplementami na prawo i lewo. No chyba, że trafi się akurat osobnik sypiący jak z rękawa: „ładne buty”, „ta zupa to poezja, nikt nie gotuje tak dobrze” lub „świetnie się trzymasz jak na swoje lata”. Nie jestem kobietą zbyt często komplementowaną. W podstawówce słyszałam kilka miłych zdań.  Nie za dużo. O, na przykład Paweł: „Kornelia świetnie tańczysz. Czy ta ładna koleżanka, z którą przyszłaś też lubi tańczyć? Poznasz nas?” Często komplementowała mnie mama: „Kornelia tylko ty potrafisz zrobić taki bałagan w…

  • Ku przestrodze. Kolejna historia prawie kryminalna.

    Wracając rano ze sklepu z naręczem kopru, nie przeczuwała jak tragicznie zakończy się ten dzień. Tak jak w każdą sobotę wstała, wypiła kawę i wyszła z domu. Postronnego obserwatora jej życia, zdziwiłoby tylko to, że akurat w tę sobotę wyszła z domu godzinę wcześniej niż zwykle. Rodzina znała powód: Zuza planowała robienie przetworów z ogórków. To była praca zespołowa: matka przetrząsała garaż w poszukiwaniu słoików, za dobór nakrętek odpowiedzialnymi zostali córka i zięć. Mąż dostał  zadanie „zdobyć chrzan” – niby proste, a jednak. Nie chodziło jej o byle jaki chrzan z pierwszego lepszego warzywniaka. Chrzan miał być ekologiczny, z ogródka oddalonego od skupisk ludzkich i samochodów o co najmniej dziewięć…

  • Po czym poznać, że związek z mężczyzną się kończy

    Ciebie nie da się rzucić – słyszałam nie raz i nie dwa. Z Brunetem nr … miałam związek szarpany, burzliwy, pełen wzlotów i uniesień, problematyczny. Porzucał mnie bezwzględnie i kategorycznie, zakopywał nasz związek w otchłani zapomnienia, wymazywał z pamięci, żeby po kilku dniach wracać w moje ramiona, otrzeć mi łzy i powiedzieć  radiowym głosem: kochanie ciebie nie da się rzucić. Rzucanie odbywało się poprzez zablokowanie na fb, wymazywanie z kontaktów w telefonie, znikanie z JEGO życia. Kiedyś dawno temu zostałabym porzucona tylko poprzez trzaśnięcie drzwiami (spadł mi wtedy obrazek z napisem „home sweet home”) lub ewentualnie pozostawiona w kawiarni z samą sobą i niezapłaconym rachunkiem (dwie kawy, szarlotka i sernik,…