-
Co może doprowadzić kobietę do szału?
Właśnie maluję baner, plakat, jak zwał tak zwał. Wywieszę go w oknie albo na balkonie, albo przybiję do drzwi wejściowych. Napis: „Niczego nie chcę, niczego nie potrzebuję, wszystko mam!!!” Może nagram taką zapowiedź na pocztę głosową… Niczego nie kupię. Mam wymagania wprost proporcjonalne do budżetu, czyli niewielkie, skromne. Pragnienie powiedzenia NIE, mam za to olbrzymie. Nie, nie potrzebuję wymienić drzwi na nowsze, ładniejsze, bardziej ekskluzywne. Podobają mi się moje, dwudziestoletnie, odziedziczone po cioci razem z metalowym durszlakiem. Nie, durszlak też mi się podoba. Niepotrzebny mi błyszczący, zrobiony z kosmicznej stali. Zasada działania pozostaje ta sama? Woda nadal wycieka przez dziurki. To pozostanę przy swoim. Komplet garnków? Gotuję średnio, więc podziękuję.…
-
Jak dobrze, że mnie macie.
Jako samozwańcza najbardziej oczytana osoba w kraju, erudytka, koneserka słowa, miłośniczka dobrej* literatury, a przy tym niesłychanie skromna, czuję misję, powołanie do pouczania wszystkich (oj wkradł się chochlik, miało być „nauczania”). Korzystajcie z krynicy mądrości. Uwaga odkręcam kran lub (dla niepodłączonych do miejskiej sieci wodociągowej) wyciągam wiadro ze studni! Chciałabym dzisiaj podzielić się z wami wiedzą w zakresie sposobu doboru literatury, inaczej mówiąc: tworzenia domowej biblioteczki. Ciągle słyszy się o tym, że Polacy rzadko chodzą do księgarń, rzadko sięgają do kieszeni, aby nabyć nowe dzieło literackie, a to błąd moi drodzy. Jak dobrze, że macie mnie. Pomogę. Aby właściwe dzieła trafiły pod nasze strzechy, trzeba się porządnie nagimnastykować. Nie chodzi…
-
Huczy o tym cały internet.
Popłakałam się. Wyłam tak, że z łez zrobiła się kałuża, z której łzy trzeba było zbierać szmatą i wyciskać do wiadra. Powód: uświadomiłam sobie, że zatraciłam dziecięcą radość. Gdzieś mi się przez te lata zagubiła, zapodziała, zaplątała. Szukałam na dnie torebki. Podobno tam jest wszystko, niestety dziecięcej radości nie było. Szukałam w kieszeni płaszcza – może wpadła za podszewkę. Też nie. Szukałam na dnie szafy z dziecięcymi ubraniami (trzymam tam strój księżniczki, który próbuję wcisnąć na grzbiet jak nikt nie widzi, ale niestety już tylko korona na mnie pasuje). Szukałam wszędzie. Nie znalazłam. Zgubiła się, a może odeszła niezauważona? Kiedyś byłam taka radosna. Cieszyłam się z drobiazgów: ze złamanego patyczka,…
-
Czary mary
Aby uniknąć porannego biegania z szaleństwem w oczach szukając kluczy, prawego buta, tej niebieskiej bluzki lub drugiego kolczyka, warto przygotować sobie wszystkie potrzebne rzeczy wieczorem. Na stole należy poukładać drobiazgi (błyszczyk, telefon), wyjąć z szafy wszystkie części garderoby i położyć np. na fotelu (uprasować, jeśli coś wymaga przeciągnięcia żelazkiem), wklepać krem pod oczy, aby uniknąć porannej opuchlizny, sińców czy co tam kto ma, napić się naparu z melisy i zasnąć śniąc kolorowe sny, bo przecież doskonale przygotowałyśmy się do dnia następnego, co gwarantuje piękne, szczęśliwe, długie życie. Bla, bla, bla, bla. Każdego ranka stoję przed lusterkiem mniej więcej o tej samej porze. Nie szukam kluczy, bo tkwią w zamku. Mam…
-
Nie pozwolę nikomu panoszyć się w moim życiu!
Lubię rozmawiać, ale nienawidzę prowadzić konwersacji z idiotami nie rozumiejącymi najprostszych komunikatów. Jak mówię „idę” oznacza to, że przemieszczę się we wskazane miejsce w jak najkrótszym czasie. Logiczne? Logiczne. Okazuje się jednak, że nie dla każdego. Krzyczę „zaraz będę”, a on udaje głuchego i woła mnie nadal. „Popsuj mi poranek. Pewnie. Tylko to potrafisz”- myślę ze złością. Jak tu spokojnie zacząć dzień? Nie da się. Po prostu się nie da. Pokazuje kto jest ważniejszy. Pokazuje swoją wyższość. Kobieta nawet wyemancypowana to dla niego dno i wodorosty! Doprawdy. Drze się nadal aż głowa pęka. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: mieszkam z imbecylem. Mówię: idę już, daj mi moment! Nie pomaga. Zaczął…
-
Znajomości nadal w cenie.
Chciałam stworzyć jeden mądry, poważny tekst. Chociaż jeden. Z jakiś przesłaniem. Moralizatorski. No dobra tak naprawdę chodziło mi o dostanie się na listę lektur i pobieranie z tego tyłu profitów. Może trzasnę szybko jakąś nowelkę, podpiszę „Eliza Orzeszkowa” i będę udawać, że znalazłam na strychu, a ktoś odkupi dzieło za ciężkie pieniądze? Taka myśl mi błysnęła. Zamiast tworzyć nowelkę, którą szóstoklasiści będą czytać jęcząc, że nuda, ale zaliczyć trzeba, walę bezmyślnie w klawiaturę, jednocześnie gapiąc się na ręce: przydałoby się zapisać na manicure. Zadzwoniłam do salonu z pytaniem o wolny termin po godzinie szesnastej. Pracować jednak muszę, a nie znam szefa, który pozwala lecieć na robienie pazurków w godzinach pracy.…
-
Podbite oko Zuzy.
Chorych nawiedzać… – pamiętając o uczynkach miłosierdzia, wzmacnianych przez ciekawość jak wygląda Zuza z podbitym okiem (w przygotowaniu post jak do tego doszło), zapakowałam kilka rzeczy do torby z zamiarem nawiedzenia rekonwalescentki. Osiem godzin w pracy dłużyło się niemiłosiernie. Czekoladki pachniały nawet przez zamknięte pudełko. A spróbuję jedną. Zuza i tak na pewno by mnie poczęstowała, więc co szkodzi uszczknąć jedną przed wręczeniem. Sięgnęłam po pierwszą. Od słodkiego zachciało mi się pić. Skierowałam oko na kompot. Nie ma nic gorszego jak odwiedzający przynoszący katar, kaszel albo zepsuty kompot. Sprawdzę czy się Zuza nie zatruje. Sprawdziłam. Pyszny. Na pewno by jej smakował. Ani się obejrzałam po czekoladkach zostało pudełko, w słoiku…
-
Jak złapać milionera, czyli schody, schody, schody.
Dobrze mieć piękne życie. Mucha rozpłaszczona kapciem na szybie powiedziałaby, że dobrze jest mieć jakiekolwiek życie, ale nie o muchę tu idzie. Co to znaczy piękne żyć? Miałam kiedyś taki pomysł na siebie, że wyjdę za mąż za milionera (amerykańskiego oczywiście), takiego jedną nogą nad grobem (na wszelki wypadek), zamieszkam w pałacu, który – co bardzo istotne – będzie miał szerokie, drewniane schody prowadzące w dół do jeszcze obszerniejszego holu. O ile fascynacja milionerem, z braku właściwych kandydatów, przeszła mi szybko, o tyle miłość do schodów została. I tu podejrzewam wpływ serialu „Dynastia” emitowanego w latach dziewięćdziesiątych. Nie wiem gdzie i kiedy wrył mi się w mózgownicę obraz: główna bohaterka…
-
Kryminał na wakacje
Wystarczy, że wyjdę do drugiego pokoju, do kuchni czy do łazienki, zniknę na chwilę z oczu, na momencik zostawiając książkę na stole, a już w podskokach przybiegnie do niej Gluś-Nieczytacz mający awersję do słowa pisanego, omijający szerokim łukiem biblioteki, czytelnie, księgarnie i inne wymysły szatana i się drze: -Chowam ci książkę. -Nieee – oddrzewywam się (czyli drę się w odpowiedzi na darcie) – nie zamykaj!!! Skończę się kąpać i wracam do czytania. Nie ruszaj. Co ci książka przeszkadza?! -Za późno. Już zamknąłem i odłożyłem na półkę. Czytasz na sto osiemdziesiątej trzeciej stronie. -Zapomnę! Zaznacz czymś. Zakładka jest w mojej torebce w kieszonce na suwak – drę się dalej. -Nie potrzebuję…
-
W moim domu dyskryminacji nie będzie!
Tyle się słyszy o nierównościach, niewłaściwym traktowaniu, pogardzaniu, dręczeniu, wskazywaniu co jest lepsze a co gorsze. Czy zgodzicie się ze mną, że przynajmniej raz w życiu każdego spotkała jakaś krzywda lub dotknęła niesprawiedliwość? Pomyślałam o tym rano, stojąc przed kuchennym blatem. Z jednej strony razowy chleb – bardzo zdrowy, ciemny, zachwalany przez dietetyków, polecany przez dbających o sylwetki – samo dobro. Z drugiej strony ona – samotna bułeczka pszenna, świeżutka, okrągła, pachnąca, towarzyszka każdego szkolnego śniadania, chrupiąca lub mięciutka, z białym serem, z żółtym, z jajkiem na twardo (kiedy wyjeżdżałyśmy na wycieczki). Tyle wspomnień . Tyle wspomnień. A teraz co? Wzgardzana, szykanowana, samo zło. Zrobiło mi się przykro. Sięgnęłam po…

























